sobota, 6 czerwca 2020

Polska droga do kolejnego upadku - część IV (AWS i UW czyli powrót Balcerowicza)

Rządy  AWS-UW (31 października 1997 do 6 czerwca 2000 r.) oraz mniejszościowy rząd AWS do 19 października 2001) 


Co jeszcze można spieprzyć?

 

Wygrał Marian Krzaklewski, rządził Leszek Balcerowicz albo i kto inny. Diabli wiedzą kto.

Cóż to był za twór, ta cała Akcja Wyborcza "Solidarność" (AWS)? Kogo tam nie było? Gromada partyjek pseudo prawicowych stworzyła szyld, pod którym mogła ponownie wrócić do władzy. Głównodowodzącym AWS-u był NSZZ "Solidarność", obok niego zaś stało PC (przodek PiS), KPN-OP, ZCH-N oraz wiele innym pomniejszych partyjek. Unia Wolności (spadkobierca KLD i UD, przodek PO) to przede wszystkim "guru" ekonomi największy specjalista na świecie, liberał, żywa legenda, której zazdrościł nam świat, czyli Leszek Balcerowicz. 

Nie wyglądało to przesadnie źle, można by się nawet pokusić o stwierdzenie, iż była to szansa dla Polski. Stało się inaczej.

Ogłoszono cztery wielkie reformy gospodarcze. Boże chroń nas od takich pomysłów, bo kolejny raz Polska może tego nie przeżyć.

Reforma administracyjna, zmniejszająca liczbę województw z czterdziestu dziewięciu do szesnastu. I na tym kończą się plusy. Powstały powiaty, a więc miejsce dla kolejnych urzędników, kolejnych polityków, kolejne pola do konfliktów i kolejne wielkie koszty dla Polski. A gdzie cięcie kosztów, w których lubował się Pan Balcerowicz?  

Może w reformie służby zdrowia? Niestety nie. Wprowadzono szesnaście kas chorych. W każdym województwie po jednej. Znowu więcej urzędników, znowu większe koszty. Zapomniano natomiast o zwiększeniu na uczelniach liczby miejsc dla przyszłych lekarzy, nie pomyślano o szkołach pielęgniarskich, nikomu do głowy nie wpadło, by zwiększyć liczbę miejsc na specjalizacjach lekarskich. A gdzie cięcie kosztów Panie Balcerowicz?

Może reforma oświaty? Również nie. Wprowadzono gimnazja, tym samym generując nowe koszty. Nowe budynki, więcej nauczycieli. Praktycznie zlikwidowano szkoły zawodowe, co w przyszłości ma się nam odbić czkawką. Cóż u licha jest nie tak, że człowiek stale nawołujący do obniżenia deficytu, sam demoluje finanse państwa? A może mi się tylko wydaje?  

Zobaczmy jak tam reforma emerytalna? Stworzono Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE). Część składek (7,3% naszych wynagrodzeń), które do tej pory były przekazywane do ZUS, teraz przelewane są do OFE. Czy budżet państwa stać było na to? Raczej nie. 

A jakie to miało być eldorado dla Polski i Polaków. Jak to pięknie wyglądało. Mieliśmy się bogacić bez końca i stać się bogaczami na emeryturach. Te pieniądze były nasze, tak nas przynajmniej zapewniano. I to był duży plus. Niestety z czasem okazało się, że te pieniądze nie są jednak nasze. Reforma miała obejmować wszystkich i nawet przez chwilę tak było. W późniejszym okresie za kolejnych rządów SLD/PSL wyłączono z reformy służby mundurowe, górników oraz sędziów i prokuratorów. Na tej reformie zatrzymam się nieco dłużej.

Powtórzyliśmy przećwiczony scenariusz PPP (Programu Powszechnej Prywatyzacji). Postanowiliśmy dać zarobić naszym przyjaciołom z zachodu i dopuściliśmy dodatkowo do zarobkowania nasze polskie PKO BP. W tamtych czasach na rynku działały już pierwsze fundusze inwestycyjne. Największe marże pobierały, gdy wybieraliśmy wariant inwestowania w akcje. Brały dwa procent od zainwestowanej kwoty. Dla inwestowania mieszanego (akcje, obligacje, papiery skarbowe) było to tylko jeden procent. Z biegiem czasu te marże nieco wzrosły (maksymalnie cztery procent), ale w tamtych czasach właśnie tak kształtowała się sytuacja. Fundusze te ponosiły całkiem spore ryzyko, gdyż nie wiedziały, ile wpłynie do nich środków i ile wypłynie. Nie miały łatwego zadania i stąd takie koszty.

A jakie marże dopuścił nasz rząd dla zarządzających OFE. Do dziesięciu procent! Dziesięć procent na zarządzenia finansami, gdzie tak naprawdę nic wielkiego do roboty nie było. Stały, przewidywalny wpływ gotówki i brak wypływu. Nic tylko spokojnie można było kupować obligacje skarbu państwa oraz akcje spółek na GPW. Dziesięć procent haraczu, było czymś nie do pomyślenia w normalnym kraju. My nie byliśmy normalni, a firmy spokojnie sobie zarabiały.

Znowu zachodni "przyjaciele" mogli nas poklepać po plecach, pochwalić naszą "mądrość" i zachęcać do dalszych kroków. Nie sposób nie lubić takich frajerów.

W związku z reformą dokonano także ubruttowienia emerytów, co można było zauważyć na pasku wynagrodzeń. Zarabialiśmy więcej, mimo że dostawaliśmy tyle samo pieniędzy. Oznaczało to w skrócie, iż obciążenie pracodawcy nie uległo zmianie (45% na składki), a jedynie papierowo część składki płacił pracownik (23%), a cześć pracodawca (22%).

Promocja, jaka była za panowania Wiesława Kaczmarka okazała się niczym, w porównaniu z aktualną wyprzedażą. Pod młotek poszły cukrownie (kupowali Niemcy), a Bogdan Pęk, który sprzeciwiał się temu procesowi, został skompromitowany. Coś mu podano i puszczono do sejmu. A on zachowywał się jak klaun. Tak się załatwia przeciwników! Niestety. Pod młotek poszła Telekomunikacja Polska. Polskiego monopolistę, który miał dziesięć milionów klientów, sprzedano państwowemu monopoliście innego kraju (France Télécom) oraz spółce Kulczyk Holding. Po prostu dramat, jak można tak ważną firmę sprzedać monopoliście innego kraju!?

Sprzedano dwadzieścia procent akcji  PZU małej firemce z Holandii i zagwarantowano zakup kolejnych dwudziestu jeden. Eureko, tak nazywała się ta firma. A skąd miała na to pieniądze? Dla tej firmy dwa miliardy złotych to była ogromna kwota. Może wzięła kredyt w Banku Milenium, bo sama nie miała kasy? A może od samego PZU? Ja się tylko pytam. Oczywiście można sobie podrążyć ten temat, który jest niezwykle ciekawy. Zachęcam do tego, można co nieco znaleźć w Internecie.

W dniu 1 stycznia 2001 r. nadszedł też kres Ustawy Wilczka (Ustawy o wolności gospodarczej). W jej miejsce weszło Prawo działalności gospodarczej. Komentując to posunięcie, można jedynie zaśpiewać za Elektrycznymi Gitarami (nieco zmieniłem): "To już jest koniec, nie ma już nic, zabrano wolność i jak tu żyć"

Od tego momentu zacznę także wskazywać jaki nominalny deficyt miał budżet państwa oraz jak kształtowały się kursy walut na początku i na końcu poszczególnych rządów. 

W 1997 r. a więc w momencie wyjścia (scheda po SLD) deficyt wyniósł 6,8 mld zł, w 1998 r. 13,2 mld zł, w 1999 r. 12,5 mld zł, w 2000 r. 15,4 mld zł, a w 2001 r. poszybował do poziomu 32,4 mld zł. Od tego czasu w szybkim tempie zaczęliśmy zwiększać zadłużenie. Jeżeli chodzi o kursy walut to w momencie objęcia władzy przez ten rząd, to jest w dniu 31 października 1997 r.: dolar amerykański (USD) kosztował 3,5 zł, EUR 4,0153 a frank szwajcarski (CHF) 2,5077. W ostatnim dniu rządów to jest w dniu 19 października 2001 kursy przedstawiały się następująco: USD 4,1019; EURO 3,6891, a CHF 2,4972 zł.

A jaki to miało wpływ na inne wskaźniki ekonomiczne? Powiedzmy sobie szczerze, nastąpiło, gwałtowne hamowanie. Wzrost PKB w latach 1998-2000 na poziomie 4,6% natomiast w 2001 r. wyniósł jedynie 1,2%. Inflacja w 2001 r. wyniosła 5,5%, a bezrobocie wzrosło do poziomu 16,4%. Trzeba przyznać, iż Leszek Balcerowicz umiał generować bezrobocie. 

Wielkie cztery reformy nie były dobre dla budżetu i tylko idiota mógł tego nie zauważyć. Wygląda jednak, iż wielki "Guru" Balcerowicz nie wiedział, co się stanie i zorientował się dopiero w połowie 2000 r., iż wszystko się wali i podał się do dymisji. Po nim na stanowisku ministra finansów pojawił się Jarosław Bauc i ujawnił, iż bez podjęcia oszczędności, deficyt budżetu państwa wyniesie sto miliardów złotych! Nawet na te czasy pieniądze ogromne. Liberał, człowiek, który wytyka PiS-owi na każdym kroku jego niegospodarność, sam przyczynił się do tego, iż mieliśmy potencjalną dziurę budżetową na poziomie stu miliardów złotych.  

Stworzyliśmy ociężałe, niewydolne, zbiurokratyzowane państwo, a to dało podstawy do zadłużania kraju na niespotykaną w Polsce skalę. Polska zaczęła pożyczać naprawdę wielkie kwoty i często pożyczała w walutach obcych, nie zważając na ryzyko z tym związane. To samo zaczęli robić zwykli ludzie, zaciągając kredyty w walutach obcych. 

Zapamiętajmy twórców tego "sukcesu". Jerzy Buzek – Premier, Leszek Balcerowicz – Minister Finansów, Emil Wąsacz – Minister skarbu państwa, Janusz Steinhoff – Minister gospodarki.

W końcu rządy AWS się kończą i do sterów ponownie zasiada SLD.

 

Polska droga do kolejnego upadku – część III (Rządy SLD)



Rządy SLD i PSL (26 października 1993 do 17 października 1997)


Okres rządów solidarnościowych minął i wydawało się, że już nie wróci. Wróciliśmy do starego w nowych szatach. Nie było PZPR tylko SLD, zniknął ZSL, zamiast niego mamy PSL. Tylko SD brakowało z dawnych lat. W tamtych czasach ludzie nie byli jednak przygotowani, by premierem został polityk SLD, tym samym pojawił się Waldemar Pawlak, szef PSL-u. Niektórzy nazywali go  "człowiekiem maską", ze względu na bardzo ubogą mimikę twarzy, która wyglądała nieco sztucznie.

Był to rząd, który kontynuował dotychczasową politykę gospodarczą. Nie wprowadzał żadnych znaczących reform, a jedynie zarządzał państwem. To właśnie w czasie rządów Pawlaka ruszył Program Powszechnej Prywatyzacji (PPP). Pierwotnym pomysłodawcą programu był Janusz Lewandowski, jednak rząd Hanny Suchockiej nie zrealizował PPP, ze względu na wycofanie poparcia sejmu dla tej formy prywatyzacji.  

W procesie uczestniczyło 512 przedsiębiorstw państwowych, które stanowiły kilka procent majątku narodowego (szacuje się że było to 2-5%). Powstało piętnaście Narodowych Funduszy Inwestycyjnych , które zarządzane były przez zagraniczne banki i firmy konsultingowe. W ramach programu każdy dorosły obywatel otrzymał świadectwo udziałowe, za które wniósł opłatę w wysokości 20 zł. W początkowej okresie świadectwa udziałowe kosztowały około 150 zł, a mogły jeszcze więcej. Majątek stojący za świadectwami udziałowymi był ogromny i był zarządzany przez wybrane podmioty, mające doświadczenie w zarządzaniu przedsiębiorstwami. 

Co więc poszło nie tak? Jak to się stało, że majątek przepadł, a ludzie którzy uwierzyli idei, byli stratni, mimo iż zapłacili jedynie 20 zł? W końcu państwo płaciło niemałe pieniądze za zarządzanie funduszami. Każda firma zarządzająca rokrocznie dostawała 3,2 mln USD! Ogromny majątek jak na tamte czasy. W ciągu siedmiu lat wydaliśmy 336 mln USD, tylko po to, by majątek przepadł bezpowrotnie. Może stało się tak dlatego, iż opłata za zarządzanie nie była uzależniona od wyników firm zarządzających? (pytanie retoryczne). Dlaczego nikt nigdy nie odpowiedział za zmarnotrawienie tak wielkiego majątku? Czy ktoś w ogóle pamięta o tym programie?

W każdym bądź razie ponownie straciliśmy kosztem podmiotów międzynarodowych i kolejny raz zasłużyliśmy na przyjacielskie klepnięcie po plecach. Zostaliśmy docenieni przez kraje zachodnie i to nie pierwszy raz. Znowu daliśmy zrobić z siebie balona. Czy było to już ostatni raz? Niestety nie.

W tamtych czasach prywatyzacja majątku narodowego trwała w najlepsze i w najbliższych latach nic w tym zakresie nie miało się zmienić. Promocja i wyprzedaż, taka jak w bankrutujących sklepach. Sprzedawano dobre firmy za grosze, a odpowiadał za to Wiesław Kaczmarek, Minister Przekształceń Własnościowych. 

Jednym z przykładów prywatyzacji była sprzedaż Banku Śląskiego Tuż przed pierwszym krachem na Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW) sprzedano Bank Śląski. Sprzedano za bezcen, mimo iż zwykli ludzie gotowi byli zapłacić za akcje zdecydowanie więcej. Na zgłaszany pobyt w wysokości dziesięciu akcji (maksymalnie tyle mógł kupić zwykły ciułacz), umożliwiono zakup jedynie trzech akcji. Cena emisyjna 500 tys., zł, debiut na poziomie 6,75 mln zł. Co było jeszcze ciekawe? W momencie debiutu drobni inwestorzy nie mogli sprzedać akcji (dla drobnicy akcje nie były jeszcze zarejestrowane), natomiast "rekiny" i owszem. Taka to była prywatyzacja.

Dla niewtajemniczonych kwota 500 tys. zł wydaje się dużą kwotą, a tak wcale nie jest. To jest kwota podana przed denominacją. Po denominacji, która została przeprowadzona od 1 stycznia 1995 r. to było jedynie 50 zł. NBP dokonał potrzebnej operacji, a my przestaliśmy być "milionerami". W przeliczaniu pieniędzy nastąpiła normalność.

Warto także wspomnieć, że w tych czasach pojawiły się telewizje prywatne. Polsat otrzymał koncesję na ogólnopolską telewizję komercyjną 27 stycznia 1994 r., natomiast TVN otrzymał koncesję na nadawanie ponadregionalne 15 października 1996 r. I tak oto, powstał podział rynku telewizyjnego, który otrzymuje się do dnia dzisiejszego. Można także zastanowić się, dlaczego akurat te stacje otrzymały koncesję. Dlaczego oba te przypadki budzą duże wątpliwości, a osoby stojące za tymi podmiotami nie budzą zaufania?

Trzeba także dodać, że pod koniec rządów PSL i SLD uchwalona została nowa konstytucja, która została także poparta przez Polaków w referendum konstytucyjnym. 52,7% Polaków głosowało za, a frekwencja wyniosła niecałe 43%. Ten akt prawny, miejscami pisany dwuznacznie, stał się kolejnym polem do niekończącego się konfliktu pomiędzy różnymi siłami politycznymi.

 W czasie rządów SLD i PSL były trzy rządy, które prowadziły spójną politykę zbytnio nie różniącą się od siebie. Premierem był m.in. Józef Oleksy, podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji. Jego domniemany pseudonim to "Olin" Czy tak było rzeczywiście? A może by trzeba jeszcze zadać pytanie, jak dużo osób z najwyższych szczebli władzy było szpiegami rosyjskimi? W końcu Polska przez ponad czterdzieści lat była w strefie wpływów Związku Radzieckiego i aż trudno uwierzyć, by Rosja nie miała w Polsce szpiegów.

Ostatnim Premierem Koalicji SLD/PSL był Włodzimierz Cimoszewicz, który wciąż jest aktywny politycznie.

Podsumowując, nie można pominąć wskaźników ekonomicznych. W końcu one także dużo mówią o sprawności władzy. Tutaj koalicja może się pochwalić wzrostem PKB najwyższym w historii III RP. W 1994 r. wzrost PKB w wysokości 5,29%, w 1995 r. 6,95% w 1996 r. 6% oraz w 1997 r. odpowiednio 6,5%. Inflacja w 1997 r. została zaś zbita do poziomu niecałych 15%, a bezrobocie w tym czasie spadło do 10,8%. W gospodarce wracała normalność.

Podsumowując okres rządów SLD i PSL trzeba powiedzieć, iż były one sprawne i nie przeszkadzały gospodarce. Co prawda dokonano zmiany w ustawie Wilczka, ograniczającą nieco wolność gospodarczą, ale nie była to zmiana radykalna, więc i skutki nie były duże. Gorzej niestety trzeba ocenić prywatyzację, w szczególności Program Powszechnej Prywatyzacji, który do dnia dzisiejszego nie został wyjaśniony. 

Cztery lata rządów postkomunistycznych wystarczyły jednak Polakom, by ponownie zagłosować za kimś innym. Pewnie gdyby wiedzieli, jak będzie wyglądała przyszłość i to, że Leszek Balcerowicz ponownie wróci, zacisnęliby zęby i ponownie wybraliby SLD. Ten wybór byłby nieco lepszy.

Polska droga do kolejnego upadku – część II (Rządy Olszewskiego i Suchockej)

Rząd Olszewskiego (23 grudnia 1991- 5 czerwca 1992)

Postulat niejednego Polaka: Balcerowicz musi odejść" spełnił się. Stałe kłótnie między prezydentem Lechem Wałęsą a partiami solidarnościowymi, to obraz tamtych czasów. Dopełniały go także kłótnie między tymi partiami, co utrudniało dogadywanie się i tworzenie kolejnych rządów. Po raz pierwszy w Polsce do władzy doszła prawica patriotyczna.

Premierem został Jan Olszewski a ministrem finansów Karol Lutkowski. Nowa władza nie miała łatwego zadania. Inflacja wciąż była na bardzo wysokim poziomie sześćdziesięciu procent, bezrobocie przekraczało czternaście procent i wciąż rosło, a ludzie stracili zaufanie do partii solidarnościowych. Na domiar złego rząd nie dysponował trwałą większością parlamentarną. Tym sposobem przetrwał niewiele ponad sześć miesięcy i wydawałoby się, iż na tym można by zakończyć pisanie.

Nic bardziej mylnego. 

Podjęto pierwsze próby odejścia od miejscami zgubnej polityki gospodarczej Leszka Balcerowicza. Zatrzymano prywatyzację, co spowodowało ostry konflikt z partiami liberalnymi (KLD i UD), wprowadzono ceny minimalne na żywność i dopłaty do paliwa dla rolników. Tym samym pojawiła się pierwsza po 1990 r. próba pomocy państwa określonym grupom społecznym. 

Dokonano korekty w zakresie polityki gospodarczej, jednak nie można tu mówić o przełomie. Była to raczej kontynuacja wcześniejszej polityki. Faktem jest, że w 1992 roku ponownie staliśmy się świadkami wzrostu gospodarczego i to było światełko w tunelu, które już niedługo miało świecić pełnym blaskiem.

Rząd Olszewskiego zapoczątkował starania w zakresie wejścia Polski do NATO i Wspólnoty Europejskiej, co z pewnością było przełomową decyzją. Przyśpieszono rozmowy w zakresie wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski. Podjęto także próbę dekomunizacji. 28 maja 1992, Sejm na wniosek Janusza Korwin-Mikkego przyjął głosami UPR, PC, KPN, ZChN, „Solidarności”, PSL-PL, PChD uchwałę zobowiązującą ministra spraw wewnętrznych do podania pełnej informacji na temat urzędników państwowych wyższego szczebla, senatorów oraz posłów będących współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa. I to był jedyny sukces w tej materii.

Czara goryczy się przelała. Lista tajnych współpracowników uderzała w wielu ludzi i nie mogła zostać ujawniona. Tym samym w tempie ekspresowym rząd Olszewskiego został odwołany, a tajni współpracownicy UB i SB mogli czuć się bezpieczni. Pierwszy patriotyczno prawicowy rząd wytrwał niewiele ponad sześć miesięcy, a na następny musieliśmy czekać do 2006 roku. 

Niestety brak dekomunizacji spowodował, iż do dnia dzisiejszego, tajne teczki stały się narzędziem szantażu i polityki. Narzędziem destabilizującym nasz kraj.

Rząd Hanny Suchockiej (11 lipca 1992 do 26 października 1993) - Kolejne duże zmiany

Był pierwszy rząd prawicy patriotycznej, teraz nadszedł czas na pierwszą kobietę, jako Premiera Polski. Starania rządu Olszewskiego o zatrzymanie prywatyzacji spełzły na niczym. Wróciliśmy do dogmatów Balcerowicza i je realizowaliśmy.  

Rząd nie miał łatwego zadania. Wysokie bezrobocie, bankructwa firm, przymuszanie ludzi do wcześniejszych emerytur w celu zmniejszenia oficjalnego bezrobocia, miały olbrzymi wpływ na finanse publiczne. Jednym słowem budżet się nie domykał i trzeba było podejmować kolejne radykalne kroki. Problemy były także ze spełnieniem warunków porozumienia z Klubem Paryskim podpisanym w kwietniu 19991 r., na mocy którego Polsce został zredukowany dług o 6 mld USD. 

Sytuacja trudna, ale nie beznadziejna. Podjęto decyzję w zakresie zmniejszenia o 9% podstawy wymiaru rent i emerytur. Radykalny krok, ale raczej potrzebny. Dodatkowo wprowadzono reformy dotyczące wydłużenia okresu branego pod uwagę do ustalania emerytur oraz podwyższenia kryteriów w przyznawaniu rent. Kolejne oszczędności.

Przygotowano się także do prywatyzacji dziewięciu banków państwowych (nazwałbym je "Wielką Dziewiątką", gdyż tak naprawdę, to był prawie cały sektor bankowy), które zostały przekształcone w jednoosobowe spółki Skarbu Państwa. Wielkopolski Bank Kredytowy został sprywatyzowany, a kolejne czekały na swoją kolej. W listopadzie 1992 r. wprowadzono podatek VAT w zamian za podatek obrotowy. W lutym 1993 r. została uchwalona ustawa o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków. Jednym słowem kolejne wielkie zmiany w polskim systemie gospodarczym.

Zmiany przynoszące skutek. Deficyt Skarbu państwa udało się utrzymać w ryzach, inflacja spadała (37,6% w 1993 r.), gospodarka rosła (w 1993 PKB wzrosło o 3,74%).

W 1993 r. podpisano także konkordat, co stało się pierwotną przyczyną konfliktu pomiędzy partiami, dotyczącego roli Kościoła w Polsce. Konfliktu, który do dnia dzisiejszego nie wygasł.

17 września 1993 r. wojska radzieckie opuściły Polskę. Data symboliczna, gdyż właśnie 17 września na mocy porozumienia Ribbentrop Mołotow Armia Radziecka zaatakowała Polskę. Raczej nikt w Polsce nie ma wątpliwości, iż wyprowadzenie wojsk rosyjskich było dobrą decyzją.

 I to by było na tyle, jeżeli chodzi o rządy postsolidarnościowe. Wprowadzono wielkie reformy, które do dnia dzisiejszego mają wpływ na gospodarkę Polski.

Liberalizacja handlu wykończyła znaczną część firm polskich. Prywatyzacja za bezcen spowodowała, iż z Polski zaczęły wypływać ogromne pieniądze. Wprowadzony podatek VAT stał się idealnym narzędziem do wyłudzania pieniędzy z budżetu Państwa. Brak dekomunizacji spowodował, iż do dnia dzisiejszego w Polsce "gra się" teczkami. I wielkie bezrobocie, jedna z przyczyn ucieczki młodych Polaków z Polski. 

Były także niewątpliwe plusy tych czterech lat rządów. Opanowanie inflacji, pełne półki w sklepach, coraz lepiej radzący sobie drobni Polscy przedsiębiorcy. Podpisanie umowy z Klubem Paryskim umarzającej dług Polski. Ponadto bliskie stosunki z krajami zachodu i pozbycie się wojsk rosyjskich.
Jednym słowem trudno jednoznacznie ocenić tamten okres. Popełniono błędy, ale też zrobiono wiele dobrych rzeczy. 

Wyborcy jednak mieli serdecznie dość rządów solidarnościowych i w wyborach w 1993 r. wybrali SLD, partię spadkobiercę PZPR. Trzy lata rządów solidarnościowych wybiły Polakom z głowy marzenia o bogatej Polsce. Tak bogatej jak kraje zachodu. Odarci ze złudzeń, mieli nadzieję na lepsze rządy w wykonaniu tandemu SLD PSL.

Polska droga do kolejnego upadku – część I (początki III RP)

Polska w ruinie

Lata osiemdziesiąte zmierzały do końca. Permanentny kryzys odzierał ludzi z nadziei na lepsze jutro. Zarobki oscylowały w okolicach dwudziestu dolarów na miesiąc, a w sklepach nie było niczego oprócz octu i musztardy. Kolejki do sklepów i przyśpieszająca inflacja stała się symbolem tamtych czasów. Jeżeli można byłoby znaleźć jedno słowo określające Polskę lat osiemdziesiątych, to byłby to słowo "kryzys".

 Jednak jak to zawsze w życiu była nic nie jest stałe. W Związku Radzieckim zaczęły się zmiany, które miały kolejny raz zmienić układ świata. Gorbaczow plus Pieriestrojka równa się Wolność. Dotychczasowy układ polityczny kończył się, a przyczyną była gospodarka. 

"Gospodarka głupcze" chciałoby się powtórzyć za Jamesem Carville lub może inaczej "Nie przeszkadzaj gospodarce głupcze". Przyczyna upadku Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego oraz uwolnienia się wielu krajów spod jarzma Związku Radzieckiego, było błędne podejście do ekonomii. Własność państwowa okazała się gwoździem do trumny ówczesnego ładu ekonomicznego. 

 Słabość Sowietów stworzyła okazję do zmian i wyrwania się z reżimu socjalistycznego. Czy przywódcy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej podjęli próbę naprawy gospodarki? Nie tylko podjęli, ale wprowadzili ustawę, która stała się najważniejszą podwaliną gospodarki kapitalistycznej, skutkującą wyjściem z kryzysu początku lat dziewięćdziesiątych. Tak zwana "Ustawa Wilczka" wprowadzona od 1 stycznia 1989 r. wprowadziła najbardziej liberalne prawo gospodarcze na świecie. 

Co nie jest zakazane, jest dozwolone. To był prawdziwy krok ku wolności gospodarczej.

Niestety nieuchronny upadek starego systemu, pociągał za sobą odsunięcie kompetentnych osób od władzy. Przynajmniej tych z dziedziny ekonomii, bo pewne obszary Polski zostały zarezerwowane dla starej nomenklatury komunistycznej. Odsunięcie poprzedników od władzy nie byłoby tak bolesne, gdyby w ich miejsce pojawili się inni specjaliści.

Epoka Balcerowicza – pierwsze podejście

 Ministrem finansów zostaje Leszek Balcerowicz, faktyczny dowodzący zmianami w Polsce. Pojawia się terapia szokowa, których skutków nikt nie może przewidzieć, gdyż nigdy w żadnym kraju nie przeprowadzono tego typu działań. Balcerowicz prężnie wprowadzał reformy, a ludzie masowo tracili pracę. 

Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, iż Balcerowicz nie miał łatwego zadania. Szalała inflacja, brakowało towarów, przedsiębiorstwa nie były efektywne, a Polska faktycznym bankrutem. Jednak zaproponowane rozwiązania stały się piętnem, które gospodarka Polska nosi do dnia dzisiejszego. Nie chodzi o urealnienie oprocentowania kredytów, co dla wielu firm było równoznaczne z bankructwem, a dla zwykłych ludzi oznaczało wieloletnie problemy finansowe. Nie chodzi także  o uwolnienie/urynkowienie cen, co spowodowało wybuch inflacji na niespotykaną wcześniej skalę. Te działania były jak najbardziej właściwe i należało je podjąć.

Bardziej problematyczne stało się wprowadzenie sztywnego kursu dolara, zwanego "kotwicą antyinflacyjną". Część ludzi widząc nadarzającą się okazję do ponadnormatywnych zarobków, zamieniało dolara na złotówki i korzystając z oprocentowania na poziomie kilkuset procent (później kilkadziesiąt), dorobili się fortun. Przyjmijmy jednak, że rozwiązanie te nie było takie złe, gdyż trudno jednoznacznie określić jego skutki, a ewentualna skala negatywnych skutków nie była zbyt wielka. 

Za to bardzo łatwo można było przewidzieć, negatywne skutki nagłego otwarcia polskiej granicy na globalną konkurencję. Jeżeli mamy przed sobą przeciwnika zdecydowanie mocniejszego, to trudno przypuszczać, że wyjdziemy z tej bitwy zwycięsko. I tak właśnie się stało. Polskie firmy nieprzygotowane do międzynarodowej konkurencji padały jak muchy, a ludzie masowo tracili pracę. Nie był to niestety jedyny błąd. Tłumacząc się chęcią ratowania fabryk, sprzedawano je za bezcen korporacjom międzynarodowym. Tym sposobem wypracowany przez wiele lat majątek został przekazany za bezcen naszym nowym "przyjaciołom".

Wskaźniki ekonomiczne szybko wskazały, ile straciliśmy przez nieodpowiedzialne zachowanie władzy. Spadek PKB w 1990 r. wyniósł 9,68%, a 1991 7,02%. Zerowe bezrobocie w 1989 r. wrosło w 1992 roku do poziomu 14,3%. 

Staliśmy się kolonią w środku Europy. Nie my jedyni zresztą. A wystarczyło otwierać stopniowo granice na konkurencję, sprzedawać część udziałów firm, nawet powyżej 50%, tak by przyszłe zyski, chociaż w części pozostały w Polsce, a nie były transferowane do innych krajów. Można było "szokowo" przekazać ludziom mieszkania na własność, a nie "szokowo" doprowadzić do bankructwa wiele podmiotów gospodarczych. 

Co nas w tamtym czasie uratowało przed ostateczną katastrofą? Uratowali nas drobni przedsiębiorcy, którzy zaczęli zakładać firmy na niespotykaną wcześniej skalę. A to nie byłoby możliwe bez "Ustawy Wilczka" Polacy stali się najbardziej przedsiębiorczymi ludźmi na świecie. Dzięki nim powstały polskie korporacje, płacące podatki w naszym kraju. To dzięki nim nie jesteśmy stuprocentową kolonią.

Po dwóch latach bycia ministrem finansów Leszek Balcerowicz odszedł z rządu. Niewątpliwym jego sukcesem było opanowanie inflacji, niewątpliwą porażką wykończenie polskich firm. Skończyła się pierwsza Epoka Balcerowicza.

 

czwartek, 4 czerwca 2020

Złoto i srebro


Światowy świat finansów stanął na głowie. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, a epidemia przyśpieszyła jedynie proces. Psucie finansów zaczęła odległa od nas Japonia. Niegdyś symbol szybkiego wzrostu gospodarczego, niesamowitej ekspansji światowej wpadła w stagnację, z której nie może się wyrwać. 

Dlaczego tak się stało? Czy demografia spowodowała, że niegdyś dynamiczny naród, stał się bierny? A może polityka monetarna zatapia Japonię? Bank centralny Japonii jako pierwszy na świecie w marcu 2001 roku wprowadził emisję pustego pieniądza. Nie liczę tutaj niszowych gospodarek państw rozwijających się, z naszym krajem sprzed 1989 roku. Bank Japonii zaczął populistyczną politykę finansową i rozpędzał się w swoim szaleństwie. W 2008 roku drukował bez umiaru, a teraz można jedynie powiedzieć "brak słów" Stwierdzili, że drukują bez limitów.

A w ślady Japonii w 2008 roku poszedł FED i EBC, a w 2020 roku także NBP. Cały świat dodaje pieniędzy do obiegu, nie wiadomo po co. Może myślą, że sama emisja pieniądza wzbogaci ludzi? A może jest zupełnie inny cel, czyli przepływ pieniędzy od biednych do bogatych? 

W początkowej fazie rynki także oszalały. Spadły ceny akcji, metali szlachetnych, ropy naftowej i bitcoina. Nie było bezpiecznej przystani. Jednak do czasu.

Widząc światowe szaleństwo  i mając nieco oszczędności, nie wiadomo co robić. Może nieruchomości? Ale po co, jeżeli wzrośnie bezrobocie, praca zdalna stanie się normą, nie będzie zapotrzebowania na nie. A jak nie ma zapotrzebowania, to cena spada. Może akcje? Niezły wybór, ale w jakie spółki? Jakie sektory obronią się przed zapaścią? A może bitcoin? To może być najlepsze rozwiązanie. Niestety nie mam zaufania do tego pieniądza. Co zatem pozostaje?

Obligacje z zerowym oprocentowaniem? Może waluty? Opcja nie wydaje się zła, tylko że złotówka jest już słaba. Będzie słabsza?

Olbrzymie pieniądze wypływają z banków centralnych i muszą być gdzieś lokowane. I tu pojawia się ostatnia przystań. Metale szlachetne.

Złoto systematycznie pnie się do góry i biorąc pod uwagę skalę emisji pieniądza, powinno drożeć coraz szybciej. Za złotem biegnie coraz to szybciej srebro. Metal odrzucony przez inwestorów, mający najlepsze lata za sobą, może być jedną z lepszych opcji. 

Jeżeli decydujemy się na metale, to czy warto wejść w fundusze inwestycyjne? W początkowym okresie paniki rynków, wartość metali wirtualnych spadła, a metali fizycznych wzrosła. Tym samym chyba lepiej postawić na metale fizyczne.

Może sztabki srebra? I tu ciekawa anomalia, sztabki srebra są droższe niż nasze srebrne monety. Oczywiście przy liczeniu  wartości srebra w monetach należy dokonać korekty o próbę z jakiej moneta jest zrobiona. Tak czy siak, moneta srebrna emitowana przez NBP jest tańsza niż sztabka o tej samej zawartości srebra. Rzecz dziwna. W ogóle rynek numizmatyczny ma za sobą słaby okres. W 2008 roku NBP wyemitował dwudziestozłotową  monetę srebrną, Sokół wędrowny. Sprzedawał za dziewięćdziesiąt jeden złotych, a w tym samym dniu można było go sprzedać za trzy stówki. A jak jest teraz? Na allegro można kupić po osiemdziesiąt pięć złotych. I tak jest z wieloma monetami, które są tanie. Zbyt tanie. A to świetna okazja do zakupów.

Jeszcze ciekawsza jest sytuacja z niektórymi złotymi monetami, które można kupić taniej niż notowania giełdowe złota. Totalna anomalia, na której można skorzystać. 

Od autora: Niniejszy felieton nie jest doradztwem inwestycyjnym, tylko wskazuje ciekawe anomalie rynkowe.