wtorek, 6 kwietnia 2021

Budujemy atomówkę

Węgiel stał się przeżytkiem i nic na to nie poradzimy. Niedługo tak samo będziemy mówić o gazie, a fotowoltanika, farmy wiatrowe i elektrownie wodne to zbyt mało, jak na nasze potrzeby. Po prostu prąd musimy mieć i basta. Cóż nam innego zostało jak nie elektrownia atomowa? Zapomniałbym, niekończąca się dyskusja, co jest dla naszego kraju najlepsze. Opinii kilka, temperatura dyskusji gorąca, a decyzji żadnych.

Od pierwszego podejścia do atomu minęło już pół wieku, a Polska jak nie miała, tak nie ma elektrowni atomowej. A miało być tak pięknie. W sierpniu 1971 roku podjęto decyzję o budowie elektrowni jądrowej, w roku 1982 zaczęła się inwestycja w Żarnowcu, by w 1989 roku skończyć pierwsze, nieudane podejście. Zmiana systemu społeczno-gospodarczego, katastrofa w Czarnobylu, ogólna niechęć do technologii rosyjskiej i do wszystkiego, co sobą reprezentowała PRL, spowodowało, że zaawansowana w 36% budowa atomówki została porzucona. Należy przy tym nadmienić, że w 85% zaawansowana była budowa ponad sześciuset obiektów zaplecza, a dokumentacja oczywiście została wykonana w całości. Cóż bogate państwo, które bez mrugnięcia okiem pozwala na takie marnotrawstwo, zresztą niejedyne w tym dziwnym czasie. Przemysł zarżnięto, to i prądu potrzebowaliśmy mniej.

Czas mijał, węgiel stawał się coraz mniej pożądanym paliwem, kolejne rządy podpisywały różnorakie porozumienia klimatyczne i tak to się wszystko kręciło, a właściwie kręci do dzisiaj. Zwykły szaraczek kupuje energooszczędne żarówki, takiż sam sprzęt, prądu zużywa mniej, a płaci więcej. Tak to jest, gdy  zmieniające się rządy podpisują porozumienia o zmniejszeniu emisji CO2, jednocześnie wspierając kopalnie. Mógłbym marudzić dalej, ale przecież ponad jedenaście lat temu podjęto drugą próbę budowy elektrowni jądrowej, więc czas przyjrzeć się tej sprawie.

W dniu 29.12.2009 roku powołano do życia PGE EJ 1 Sp. z o.o. o kapitale zakładowym 38 milionów złotych, który to podmiot ma za zadanie wybudowanie elektrowni atomowej. Udziałowcami zostały cztery spółki państwowe (PGE, KGHM, ENEA, TAURON) i z biegiem lat powolutku zwiększały kapitał podstawowy spółki, poprzez obejmowanie nowych udziałów. Aktualnie spółka ma kapitał podstawowy na poziomie przekraczającym 750 milionów złotych, a do końca 2019 roku wygenerowana straty na poziomie 192 milionów złotych. Warto odnotować, że w dniu 26 marca tego roku ogłoszono, że udziały spółki zostaną kupione przez skarb państwa za 531 milionów. Ponadto skarb państwa pozostawił spółce roszczenia wzajemne toczącej się sprawy sądowej, o której parę słów poniżej.

Jak widać, w spółce trochę się dzieje, a stanowisko prezesa było piastowane także przez znanego polityka Aleksandra Grada (lipiec 2012 – styczeń 2014). To właśnie za jego kadencji, w lutym 2013 roku PGE EJ 1 podpisało umowę z WorleyParsons na badanie środowiska, lokalizacji oraz usługi związane z uzyskaniem pozwoleń i uprawnień niezbędnych w procesie inwestycyjnym związanym z budową elektrowni jądrowej na kwotę ponad 252 milionów złotych. Pechowo WorleyParsons nieterminowo realizował umowę, co doprowadziło do jej wypowiedzenia przez PGE EJ 1 w grudniu 2014 roku. Tak przynajmniej wynika z ogólnie dostępnych sprawozdań spółki. Oczywiście spółka WorleyParsons nie zgadza się na takie stawianie sprawy.

Niby sprawa powinna się skończyć, niestety wciąż jest w toku i na koniec 2019 roku WorleyParsons wysuwa roszczenia względem polskiej spółki na poziomie przekraczającym 127 milionów złotych, natomiast PGE EJ 1 żąda zapłaty ponad 66 milionów złotych. Jak widać zabawa publicznym pieniądzem, trwa w najlepsze i nie wydaje się, by miała szybko się skończyć. Niestety PGE EJ 1 ma problem sama ze sobą, więc trudno jej zarzucać, że tak wolno idzie sprawa budowy elektrowni atomowej, no bo w końcu mają ważniejsze rzeczy na głowie. Nie można także zapominać o polityce, gdyż to politycy podejmą ostateczną decyzję. Mimo powyższych problemów sprawy idą jednak do przodu i wygląda na to, iż w niedługim czasie faktycznie zaczniemy budować atomówkę. Mówi się o wyborze lokalizacji, ale z dokumentów spółki wynika, że lokalizacja właściwie jest i będzie to Żarnowiec lub jego bliskie okolice. Zakończono już poniższe postępowania:

·     w sprawie zatwierdzenia dokumentacji geologiczno-inżynierskiej dla ustalenia warunków geologiczno-inżynierskich podłoża na potrzeby posadowienia obiektów budowlanych Elektrowni Jądrowej dla lokalizacji „Lubiatowo-Kopalino”.

·      w sprawie zatwierdzenia ustalenia warunków geologiczno-inżynierskich podłoża na potrzeby posadawiania obiektów budowlanych Elektrowni Jądrowej dla lokalizacji Żarnowiec.

·     w sprawie zatwierdzenia dodatku do projektu robót geologicznych na potrzeby projektu: Badania geofizyczne głębokiego podłoża w Regionie Lokalizacji Lubiatowo-Kopalino i Regionie Lokalizacji Żarnowiec.

·     w sprawie zatwierdzenia dokumentacji określającej warunki hydrogeologiczne w związku z zamierzonym wykonywaniem przedsięwzięcia mogącego negatywnie oddziaływać na wody podziemne w tym powodować ich zanieczyszczenie tj. Elektrowni Jądrowej – wariant lokalizacji „Lubiatowo-Kopalino”.

·      w sprawie zatwierdzenia dokumentacji określającej warunki hydrogeologiczne w związku z zamierzonym wykonywaniem przedsięwzięcia mogącego negatywnie oddziaływać na wody podziemne w tym powodować ich zanieczyszczenie tj. Elektrowni Jądrowej – wariant lokalizacji „Lubiatowo-Kopalino".

·     w sprawie wydania pozwolenia na ułożenie i utrzymywanie kabli i rurociągów na potrzeby systemu chłodzenia elektrowni jądrowej na obszarze morza terytorialnego dla lokalizacji elektrowni jądrowej „Żarnowiec".

·     w sprawie wydania pozwolenia na ułożenie i utrzymywanie kabli i rurociągów na potrzeby systemu chłodzenia elektrowni jądrowej na obszarze morza terytorialnego dla lokalizacji elektrowni jądrowej „Lubiatowo-Kopalino”.

Jak widać, pewnie w ciągu trzech, czterech lat ponownie zaczniemy budować elektrownię jądrową w okolicach Żarnowca. Pozostało jeszcze poinformowanie mieszkańców o rozpoczęciu budowy i przygotowanie się na protesty, wybranie technologii (prawdopodobnie amerykańskiej) i wykonawcy. Po jedenastu latach pracy stopień zaawansowania jest taki, jaki był mniej więcej w 1979 roku. Czy tym razem uda się nam zakończyć budowę, zanim aktualny porządek społeczno-gospodarczy ponownie nie runie? Czas pokaże.

Warto zwrócić uwagę jak sytuacja wygląda u naszego wschodniego sąsiada – Białorusi. Tam w 2006 roku rząd podjął decyzję o budowie elektrowni jądrowej, a w tym roku ma być uruchomiony pierwszy blok energetyczny. Mimo sporego sukcesu na tym polu Białoruś ma pewne problemy w tym obszarze, czyli spór z Litwą (elektrownia leży niecałe pięćdziesiąt kilometrów od Wilna). Ponadto pojawił się apel Parlamentu Europejskiego w sprawie wstrzymania przekazania do komercyjnej eksploatacji elektrowni (obawy, czy elektrownia jest bezpieczna).

Wygląda na to, iż skuteczności możemy uczyć się od naszego uboższego wschodniego sąsiada, musimy także przygotować się na podobne spory. W końcu pojawił się już raport o negatywnym oddziaływaniu naszej elektrowni na obszar Niemiec. Musimy pamiętać, że takie spory to przede wszystkim gospodarka i polityka, dlatego też warto się do nich wcześniej przygotować. Całkiem możliwe, że sprawa sądowa z WorleyParsons będzie dopiero początkiem prawnych batalii, jakie mogą czekać Polskę, gdy budowa elektrowni ruszy. W UE nie mamy dobrej prasy, ani sojuszników, a więc problemów może być dużo. Może warto zbudować elektrownię w oparciu o francuską technologię? Wtedy w sporze pomiędzy Polską a Niemcami z wiadomych względów stanowisko francuskie będzie nam przychylne. A może niech generalnym wykonawcą zostanie firma niemiecka? Propozycje słabe, ale taka jest nasza pozycja w Europie i aby ją poprawić, może warto zgiąć kark.

Przygotujmy się na boje przed unijnymi sądami i znajdźmy sojuszników. Inaczej budowa atomówki będzie musiała czekać na kolejne rozdanie.

................

Dane na temat elektrowni Żarnowiec podane za artykułem "Kalendarium budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu, czyli... jak straciliśmy swoją szansę?" Autorstwa: dr Grzegorz Jezierski

 

środa, 17 marca 2021

To tylko matematyka

Większość ludzi jest za tak zwanym państwem opiekuńczym. Podjęcie dyskusji dotyczącej minimalizowania jego roli jest jałowe i wydaje się waleniem głową w mur. Niby nic nie można ugrać poza bólem głowy, ale jednak lubię ten temat poruszać.

Raczej nikogo nie trzeba przekonywać, że prywatne podmioty działają sprawniej od państwowych. Mniejsza biurokracja i większa produktywność.  Jednak większość jest przekonanych, że państwowe musi być. Czy aby na pewno? A może lepiej mieć prywatne teatry, a nie państwowe? Czy prywatny, nawet najlepszy teatr ma szansę wygrać z miernym państwowym teatrzykiem otrzymującym dotacje, pokrywającą ponad osiemdziesiąt procent kosztów? Wydaje się, że nie, a jednak prywatne teatry istnieją. Można zadać sobie pytanie, jak by wyglądało pisarstwo w Polsce, gdyby pisarzy dotować. Na szczęście tego nie ma i jest wielu utalentowanych ludzi pióra, którym udaje się utrzymać z pisania. A tak? Mielibyśmy swoich i kłótnie polityczne, dlaczego ten pisarz dostaje tak mało, a inny tak dużo.

Wracając jednak do opieki jaką otacza nas państwo. Czy to się nam opłaca? Czy na pewno, ci słabsi zyskują dzięki państwu? Tym razem na pomoc wezwałem matematykę. Politycy mogą kłamać, nauki humanistyczne pokazują świat z różnych stron i każda może być prawdziwa. W matematyce mamy suche liczby i tyle. Pewnie dlatego zasłużyła na miano królowej wszelkich nauk.

Przyjąłem iż większość z nas przepracuje w swoim życiu czterdzieści lat, część z nas nieco dłużej, część krócej, ale mniej więcej tak to wyjdzie. Oczywiście przyjmuję, że będą to ludzie, którzy dożyją wieku emerytalnego. Do moich dochodów nie dokładam zysków z inwestowania środków, po prostu przyjmuję wartość stałą, aby obliczenia odzwierciedlały aktualną siłę nabywczą pieniądza. Założyłem też, że nie będziemy zarabiać średniej krajowej, no bo w końcu, kto tyle zarabia? Tym samym pensję mamy nieco niższą, czyli pięć tysięcy brutto. Pamiętajmy, że te pięć tysięcy obejmuje wszelkie premie, nagrody i inne benefity. Kolejnym założeniem jest, że wydajemy 25% na produkty/usługi opodatkowane 8% VAT-em oraz 75% naszych dochodów na produkty/usługi opodatkowane stawką 23%.

Resztę danin państwa odpuściłem, a przecież jest ich jeszcze co niemiara. Podatek od nieruchomości, podatek od czynności cywilnoprawnych (kupno domu, samochodu itp.) oraz wiele innych. Budżet państwa po uszczupleniu opisanych w poprzednim akapicie dochodów podatkowych zmniejszy się do około trzydziestu procent wartości początkowej. To zaś oznacza, że wciąż będzie mógł finansować, system sądowniczy, policję, wojsko, podstawową infrastrukturę, oraz dołożyć nieco do emerytur i rent, które są już wypłacane.

Podałem podstawy,  a więc lecimy dalej. W ciągu tych czterdziestu lat dostaję na rękę  1.734.331 złotych, a państwu oddałem 1.157.189 złotych. Jeżeli dodam do moich obliczeń podatki, o których pisałem wyżej, to zostało mi  jedynie 1.400.472 złotych, natomiast państwo otrzymało 1.491.047 złotych. Ja pracowałem, państwo zarabiało, ot takie fakty.  Jako że bez państwa opiekuńczego zdecydowanie wzbogaciłem się, to zastanówmy się, czy starczyłoby mi na życie, w końcu teraz za wszystko muszę płacić. Przyjąłem, że będę wydawał tylko zaoszczędzone z danin środki, a te, które mam teraz, wydam jak do tej pory.

A więc kolejne założenia, płacę za żłobek i przedszkole przez sześć lat oraz szkołę przez lat dziewięć po osiemset złotych miesięcznie. Jako że chcę się kształcić, to opłacam także pięcioletnie studia za tysiąc czterysta złotych miesięcznie. Koszty szacuję na wyższym poziomie, by nie było wątpliwości dotyczących ich realności. Te koszty są tak naprawdę kosztem poniesionym na moje dziecko, a więc w rodzinie jest ich dwójka.

Czas na moje własne koszty. Korzystanie z lekarza nieobjętego ubezpieczeniem trzy razy rocznie, oczywiście przez całe życie. Koszt jednostkowy sto pięćdziesiąt złotych. Ubezpieczenie zdrowotne obejmujące wszelakiej maści lekarzy i większość operacji, które kosztuje mnie dwieście złotych miesięcznie.  Płacę także w ciągu całego życia za trzy operacje nieco bardziej skomplikowane, na które wydaję po pięćdziesiąt tysięcy złotych każda. Wszczepienie implantów stawów kosztuje od trzynastu do trzydziestu tysięcy złotych, a  wszczepienie rozrusznika resynchronizującego nieco poniżej pięćdziesięciu tysięcy złotych. Więc założenia raczej słuszne. 

Nie mogę także zapomnieć, że państwo przejadło pieniądze starszej części społeczeństwa, czyli emerytów, tym samym płacę podatek emerytalny (emerytury nie dostanę) w wysokości pięciuset złotych miesięcznie. Całościowy koszt w trakcie mojej pracy zawodowej wyniesie dwieście czterdzieści tysięcy złotych.  Po wszystkich poniesionych kosztach pozostało mi prawie siedemset tysięcy złotych, a to oznacza, że gdybym miał otrzymywać te pieniądze przez dziesięć lat, to będę miał emeryturę wynoszącą ponad pięć tysięcy osiemset netto, gdyby okres wydłużyć do piętnastu lat dostanę nieco poniżej trzy tysiąca dziewięćset złotych netto. A gdybym żył na emeryturze dwadzieścia lat, to miesięcznie będę otrzymywał ponad dwa tysiące dziewięćset złotych miesięcznie. Żyć, nie umierać, można by rzec.


Wygląda na to, że pieniądze wydaję znacznie lepiej niż państwo. Tak jest, gdyż władza wprowadziła różnorakie dziwne działania, za które każdy pracujący płaci. Emerytury mundurowe po piętnastu latach pracy (zaszłość) oraz po dwudziestu pięciu latach pracy (teraźniejszość), kasa z naszej kieszeni. Emerytury rolnicze i kościelne – większość środków z naszej kieszeni.  Trzynasta i czternasta emerytura – z naszej kieszeni. 500+ – z naszej kieszeni. Dotowanie kultury, sportu – z naszej kieszeni. I tak bez końca. A to powoduje, że olbrzymie pieniądze jakie wpłacamy do budżetu, nie są wystarczające, państwo musi się jeszcze zadłużyć. A robi to dla naszego dobra, bo przecież nam pomaga. Czy naprawdę potrzebujemy takiej pomocy?

Czy naprawdę lepszy jest TVP dotowany kwotą dwóch miliardów złotych rocznie, niż Polsat, utrzymujący się sam i dodatkowo przynosi zyski akcjonariuszom i płacący całkiem spore podatki? Czy państwo musi nas zastępować w niemal każdej decyzji i ustalać co jest nam potrzebne? Naprawdę tego chcemy?      

Co z tego, że w momencie przyjścia do władzy socjalistów wszystko się wali. Argentyna  w 1945 roku była szóstym najbogatszym krajem świata.  Chcieli jednak państwa z ludzką twarzą i są symbolem biedy i wielokrotnych bankructw. Wenezuela w latach sześćdziesiątych była bogatsza niż Szwajcaria.  Zwyciężyła tam dobroć i państwo opiekuńcze, a wraz z nimi przyszła bieda. Nie na darmo mówi się, że "piekło jest wybrukowanie dobrymi chęciami".

Matematyka przyznaje mi rację. Ona jest dla mnie królową.

 

 

 

sobota, 13 marca 2021

Socjalizm każdego dopadnie

W grudniu 1988 roku nie umiałem uwierzyć, że socjalizm w Polsce się skończył. Jak dziecko cieszyłem się, że nie będzie już molochów, których największym wyzwaniem było radzenie sobie z problemami, tworzonymi przez nie same. Pozwolono na swobodę działalności, o jakiej trudno było marzyć przez ostatnie czterdzieści lat. Klient w epoce socjalizmu nie istniał, to był petent. Zmiana wyniosła Klienta na najwyższe miejsce na podium. Szkoda, że rok później wystawiono nas na pożarcie wielkich koncernów międzynarodowych, ale dzisiaj nie o tym.

Wrócę do socjalizmu, od którego jak się przekonałem, nie można uciec.

Przede wszystkim należy zadać sobie pytanie, dlaczego ten system mimo wielu kompromitacji wciąż wraca? Czy lata rządów Adolfa Hitlera, lidera NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników) niczego nas nie nauczyły? Czy PRL był tak wspaniałym systemem, że warto do niego wracać? Dlaczego nie możemy pokazać chociaż jednego przypadku, gdzie socjalizm się sprawdził?  W końcu postawmy pytanie, dlaczego tak bardzo chcemy do tego systemu wracać?

Dużo pytań, a odpowiedź jest tylko jedna. Po prostu jest to najlepszy możliwy system dla władzy. W kapitalizmie, gdy dbamy, by na rynku nie wyrosły monopole, mamy wielu niewielkich graczy, ludzi nawykłych do wielu decyzji, ludzi wolnych i ceniących wolność, którzy nie są zależni od władzy. Mamy samodzielnie myślącą klasę średnią, z której zdaniem władza musi się liczyć! A w socjalizmie? To właśnie ta grupa jest największym wrogiem, którego należy zniszczyć. W tym systemie nie ma zgody na niezależne myślenie, one jest po prostu niebezpieczne.

Socjalizm to nadopiekuńcza matka, która coraz mocniej ogranicza wolność dzieci pod pretekstem ich ochrony. Dotacje dla wybranych? Oczywiście, trzeba ludziom pomagać. 500+, wspaniały program, a kto się nie zgadza, to nasz wróg. Zasiłki socjalne, dodatki mieszkaniowe dla najbiedniejszych, różnorakie zwolnienia podatkowe. Wszystko dla szczytnych celów, przecież nie można inaczej! Zniżki na PKP, MZD dla emerytów, rencistów, studentów. Tak być musi i basta! Dotacje dla upadających firm. Jak najbardziej, w przeciwnym razie nie będzie pracy. Bezpłatne studia i podstawowa opieka zdrowotna. Toż to oczywistość. Zasiłki dla bezrobotnych, trzynasta i czternasta emerytura. Jakżeby tego nie robić, przecież trzeba być przyzwoitym. Różnorakie wymogi prawne, fitosanitarne. Przeniesienie na samorząd zadań związanych z gospodarką odpadami. Lockdown, chroniący nas przed wirusem. To jest dla naszego wspólnego dobra. Nie ma jednostki, jest wspólnota.

I tak oto w socjalizmie pojawiają się coraz to bardziej szczytne cele, których nie można nie spełnić. Robimy wszystko dla dobra naszych pobratymców, za które oni sami zapłacą. I tak oto zarabiając płace minimalną w wysokości 2.800 złotych otrzymujemy 2.061 złotych na rękę, a pracodawca zapłaci 3.376 złotych. Czyli państwo twoimi rękami zarobiło 1.313 złotych. A to nie koniec naszego dzielenia się z państwem. Podatek VAT do 23%, akcyza jeszcze wyższa, podatek od nieruchomości, dochodowy i kilkaset innych państwowych danin. Oczywiście wszystkie one nie wystarczają na szczytne cele i dlatego trzeba się zadłużać. A jak nikt nie chce pożyczyć, to wydrukuje się kasę. Cały świat zachodni drukuje na potęgę, bo przecież tak trzeba! W socjalizmie dla dobra ludzi zrobi się wszystko, nawet się ich pozabija.

I tak oto, krok po kroku mamy coraz mniej wolności, ale też coraz więcej miejsc dla naszych znajomych. Były województwa i gminy, doszły powiaty. Pojawił się Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia, powstają coraz to nowe agencje, ministerstwa, oczywiście po to, by żyło się lepiej. Ponownie zwiększa się udział firm państwowych, samorządowych, a tam wysoko płatne stanowiska dla naszych. Właśnie, w socjalizmie jesteś albo z nami, albo przeciwko nam. Nie masz innego wyjścia. Co z tego, że firmy państwowe, samorządowe gorzej działają, kogo to obchodzi? Co z tego, że sam nie założysz już działalności gospodarczej, bo wymogi prawne i podatkowe cię zniszczą? Możesz zatrudnić się u nas i siedzieć cicho. Nie będziesz może miał dużo, ale chociaż nie zdechniesz z głodu. Ostatecznie jako prywaciarz i tak nie miałbyś dobrej opinii. A tak, na państwowym, przynajmniej jest spokojnie. A jak będziesz klaskał i przytakiwał, to mamy dla ciebie wiele więcej. Prezes, Dyrektor oto stanowiska dla ciebie.

"A kiedy przyjdzie na Ciebie czas

 A przyjdzie czas na Ciebie,

Porwie Cię wtedy wysoko tak

Do góry Cię uniesie,..." *

Możemy wspólnie zanucić refren piosenki De mono. Jak to w socjalizmie bywa, w końcu przyjdzie czas na każdego. Parę dni temu  zobaczyliśmy ciekawą akcję mediów prywatnych, sprzeciwiających się ich dodatkowemu opodatkowaniu. Protest słuszny, mamy i tak już zbyt wiele danin państwowych. Ale, czy chodzi o obronę wolności mediów, śmiem wątpić. Jakoś banowanie Trumpa "wolnym mediom" nie przeszkadzało.

 Niestety przywalenie podatkami, może wyłożyć średniaków, takich jak Agora i zostaną jedynie najsilniejsi, a to nigdy nie jest dobre. Coraz trudniej będzie znaleźć odmienne poglądy, o co i teraz nie jest łatwo. Troszkę wolności stracimy, ale przecież tak jest w systemie socjalistycznym. A czeka nas jeszcze ACTA II, która z pewnością będzie poparta przez PO i Lewicę. Wolność słowa będzie odchodziła w siną dal i to niezależnie od tego, czy władzę będzie miało PiS, czy też PO. Socjalizm wymaga pełnej zgody, a kto nie z nami, ten przeciw nam. Ten "wspaniały" system budowany jest nie tylko w Polsce, ale także w UE i USA.  Na razie idziemy nieco różnymi ścieżkami, w końcu jednak cały świat zachodni  pójdzie jedną właściwą ścieżką.  Już zza widnokręgu wygląda nieśmiało dochód gwarantowany. Gdzieniegdzie testowany, w Polskim Senacie omawiany i analizowany. To będzie ostatni akt zaboru wolności, z którego będziemy się cieszyć.

 "Lecz nagle możesz zacząć spadać w dół

To już nie to samo... *

 I pewnego dnia obudzimy się, rozejrzymy wokół i okaże się, że jedyną wolną przestrzenią są nasze niewypowiedziane myśli. Mam nadzieję, że chociaż tyle nam zostanie.

 

*"De mono"

 

 

środa, 20 stycznia 2021

Monopol

Nieco ponad trzydzieści lat temu wydawało się, iż w Polsce era socjalizmu się skończyła, a zaczął się okres wolności i kapitalizmu. Cóż, przyznaję, że to były moje pobożne życzenia i wynikały z niewiedzy i naiwności.

PRL kojarzył mi się z instytucjonalnym zezwoleniem na monopolizację niemal każdej dziedziny życia. I tak w polityce mieliśmy konstytucyjnie zagwarantowaną przewodnią rolę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W telefonii mieliśmy prawnie zagwarantowany monopol Telekomunikacji Polskiej, w bankowości królował Narodowy Bank Polski, tankowaliśmy na "wspaniałych" stacjach CPN, a zakupu robiliśmy w Gminnych Spółdzielniach (GS-ach). Może i nasze rodzinne monopole nie musiały się martwić o konkurencję, niestety klienci nie mieli z nich zbyt wiele pożytku. By posiadać telefon trzeba było mieć znajomości, paliwo było na kartki, w sklepach były pustki, a w banku kredyty były dobrem rzadkim, za to pieniądze produkowano w nieograniczonych ilościach. Nie ma co ukrywać, monopole degenerują rynek i ich najważniejszym celem nie jest dobro klienta, a utrzymanie swojej pozycji.

Po 1989 roku na fali euforycznej wiary w kapitalizm pozwolono na rozbicie monopolu bankowego i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rynek odżył, a jakość usług zdecydowanie wzrosła. Cóż takiego się stało, że rynek tak diametralnie się zmienił. Po prostu powstała konkurencja, wymuszająca na bankach świadczenie usług na coraz wyższym poziomie. To samo zadziało się na stacjach paliw i we wszelakiego rodzaju sklepach. Klient nie był już petentem i to od niego zależało, czy dana firma przetrwa, czy też nie. Panowała wolna konkurencja, a my pożegnaliśmy się z monopolami. Ale czy aby na pewno?

Niestety w dłuższym okresie czasu kapitalizm nieuchronnie prowadzi do monopolu. Duże firmy chcą być jeszcze większe i systematycznie budują przewagę konkurencyjną. Wypuszczają coraz to nowe produkty, przejmują pojawiające się na rynku firmy, które w przyszłości mogą stanowić dla nich konkurencję oraz łączą się w coraz większe twory. Krok po kroku żegnany się z wieloma podmiotami i przechodzimy z niczym nieograniczonej konkurencji do rynku, gdzie działają oligopole. Nie odczuwamy pogorszenia jakości świadczonych usług, ale czy aby na pewno? Co pewien czas słyszymy o nielegalnych zmowach cenowych, o podziale rynku na dane obszary. Powoli konkurencja odchodzi w siną dal, a na rynku działa kilka doskonale rozumiejących się podmiotów.

Rynek jest podzielony i nie ma miejsca na nowe podmioty, a gdy istnieje szansa pojawienia się konkurenta, to po prostu zostaje on przejęty. Znany wszystkim Facebook przejął WhatsApp, Instagrama oraz mniej znane firmy takie jak Jio Platforms (telefonia komórkowa), Oculus (technologia wirtualnej rzeczywistości), CrowdTangle (programy śledzące), Face.com (rozpoznawanie twarzy), Pebbles ("przenoszenie" ciała do wirtualnej rzeczywistości). Wymieniłem tylko niewielką część firm, które padły łupem tego internetowego giganta. Na naszych oczach tworzy się globalny monopolista internetowy, który już teraz kształtuje nasze poglądy, daje nam rozrywkę i pozwala na kontakt ze znajomymi.

Niestety jak to bywa z molochami, gdy poczują się naprawdę ważni, a tak właśnie jest między innymi z Facebookiem, to zaczynają prowadzić politykę, która nie będzie już zadowalała wszystkich użytkowników. Klient nie jest już panem, a ponownie petentem, który musi wkupić się w łaski pana. A jeżeli jest niesforny, to po prostu zostaje odcięty od usług. Tak właśnie postępuje Facebook, a użytkownik traci kontakt ze swoimi "wirtualnymi" znajomymi. Trump, Korwin, dla nich nie ma miejsca. A gdy algorytmy staną się jeszcze sprawniejsze, to miejsca może braknąć także dla mnie i innych myślących inaczej. Co gorsza, nie będę miał gdzie uciekać, gdyż konkurencja jest systematycznie wycinana lub przejmowana. Powstaje prywatna cenzura, z którą jeszcze trudniej walczyć, niż z tą państwową.

Pozwoliliśmy na zmonopolizowanie znaczącej części Internetu, na przejęcia firm i utraciliśmy nieco wolności. Niestety tendencja do tworzenia coraz większych podmiotów nie dotyczy tylko Internetu. Na rynku chemicznym w 2016 roku mieliśmy głośne przejęcie Monsanto Company Inc przez Bayer AG. Powstała grupa, która między innymi ma patenty na wiele gatunków ziaren siewnych. W 2013 Sąd Najwyższy USA wydał wyrok, w myśl którego wyczerpanie prawa z patentu (do ziarna) nie oznacza, iż pozwala się farmerowi reprodukować opatentowane nasiona bez zgody Uprawnionego. Po prostu nie możesz zasiać z ziarna, które zbierzesz. Monsanto to też podmiot, który nie raz truł społeczeństwo i nic wielkiego mu się nie stało. Wielkie korporacje mają pieniądze, wynajmują najlepszych prawników, którzy przekonają każdego sędziego, że gówno, to wyśmienite i niesłychanie zdrowe ciasteczko. A gdy są jakieś problemy, to zazwyczaj pieniądze złamią niejednego prawego człowieka, ewentualnie pozwolą na likwidację problemu.

A oto produkty Monsanto: Aspartam dodatek do żywności, który może prowadzić do nowotworów mózgu i układu limfatycznego (nie udowodniono takowego działania); Polichlorowane bifenyle – właściwości rakotwórcze, Roundup – pescytyd w wielu krajach zakazany, z powodu jego toksyczności. Produkty Bayer AG też miały złą sławę, na przykład Cyklon B używany w komorach gazowych.

Oczywiście posiadanie znaczącego udziału w rynku ma także inne negatywne skutki, a jednym z nich jest znana prawda "za duży, by upaść". Tym samym upadek Deutsche Banku, czy też J.P.Morgan Chase & Co może, doprowadzić do znaczących perturbacji na rynku krajowym, czy też globalnym. Państwo stało się zakładnikiem olbrzymów i nie umie się przed nimi bronić. Co gorsza wspiera ich z całych sił, udzielając różnorakich ulg i zwolnień podatkowych, byle by tylko wybudowali fabrykę. To są tysiące nowych miejsc pracy. Tysiące powodów do szantażu. A branży zagrożonych monopolem jest coraz więcej. Energetyka, przemysł petrochemiczny, samochodowy, telekomunikacja, produkcja AGD, zagospodarowywanie odpadów, a to oczywiście nie wszystko.

Prawo wyboru systematycznie kurczy się, a obrona jednostki przed koncernami niedługo będzie tylko iluzją. Tracimy wolność nie tylko dlatego, że mamy coraz bardziej zawężony wybór, ale przede wszystkim dlatego, że kurczy się liczba dziedzin, gdzie sami możemy prowadzić działalność. Pandemia tylko przyśpieszy ten proces. Chcesz prowadzić sklep, siłownię, klub fitness, gabinet dentystyczny czy też usługi sprzątania. Nie da rady, musisz wykonywać te usługi pod skrzydłami wielkich korporacji, które udzielą ci licencji na działalność. To one będą za ciebie decydować jaki towar kupić, jakie usługi oferować i za ile. Pełna standaryzacja. Taka czeka nas przyszłość, jeżeli nie obronimy się przed nadmierną koncentracją firm. Nie będzie klasy średniej, a więc tej, która z natury była najbardziej niezależna. Będziemy pracować albo na rzecz państwa, albo na rzecz międzynarodowych korporacji, ewentualnie dostaniemy dochód gwarantowany.

Mając na uwadze, jak niebezpieczne stały się międzynarodowe molochy, które są zagrożeniem naszych wolności, w tym także wolności słowa, państwo musi stanąć po stronie coraz bardziej stłamszonej większości. Tym samym powinno powstać globalne porozumienie, na mocy którego zostanie stworzone prawo antytrustowe oraz silne urzędy antymonopolowe, które z jednej strony nie pozwolą na niekontrolowany wzrost korporacji, z drugiej zaś uniemożliwią blokowanie konkurencji poprzez przejmowanie nowych podmiotów. Jeżeli chcemy mieć prawo wyboru, to musimy dążyć do rozbijania wielkich międzynarodowych molochów.

Stwórzmy prawo uniemożliwiające przejmowanie zbyt dużego udziału w rynku. Zbudujmy algorytmy, dajemy limity i gotowe. Wyliczenia mogą być oparte o procentową liczbę klientów danego podmiotu, wielkość przetwarzanych danych, wielkość przychodów. Można z tego tworzyć miks, a nad wszystkim niech czuwa urząd antymonopolowy. Jeżeli chcemy żyć w wolnym państwie, to niestety czasami musimy pozwolić na jego nieznaczne ograniczenie dla tych najsilniejszych.

Jeżeli nic nie zrobimy, może się okazać, że jedynym naszym wyborem będzie elektryczne auto jednego koncernu (VW lub PSA), które jedynie możemy czasowo wynająć, bo nie stać nas na jego zakup. W Internecie będziemy mogli korzystać z produktów jednego koncernu (Facebook/Youtube), na stacjach paliw będziemy tankować u tego jedynego, najlepszego (Schell, BP Petrol), a lekarstwa kupimy u jednego dostawcy (Johnson & Johnson lub Pfizer). Biada nam, gdy spróbujemy się sprzeciwić, nie chcemy przecież wylądować poza społeczeństwem.

Wolność jest wtedy, gdy mamy wolny wybór i możemy swobodnie się wypowiadać. Monopol nie gwarantuje nam tego, tak samo zresztą jak państwo opiekuńcze, które dusi prywatną inicjatywę i powoduje, że prowadzenie własnej działalności jest niemal niemożliwe. Wysokie podatki, koncesje, zezwolenia, wysokie koszty wejścia na rynek odstraszą większość z nas, są za to jednak idealnymi warunkami dla monopolistów.

 Właśnie przychodzi ich czas. Czas globalnych monopoli. A co z naszą wolnością? A co znaczą słowa "wolność"? Pewnie na potrzeby nowej teraźniejszości definicja "wolności" ulegnie zmianie. Więc nie musimy się martwić. Wolność będzie na pewno, nie wiemy jedynie, co będzie znaczyło to słowo .

środa, 6 stycznia 2021

Słaba Europa silne Niemcy

W nowy rok wchodzimy w pandemicznych nastrojach i z wolnością podobną do tej z czasów zaborów, a to nie koniec naszych problemów. Pandemia rozsiana na całym świecie przyśpieszyła zmiany, o których przeciętny człowiek nie śnił i pewnie wciąż nie zdaje sobie z nich sprawy. Po raz kolejny zmienia się porządek świata, do którego tak szybko przywykliśmy.

Rok 1989 był na swój sposób szokujący i wydawałoby się, że trwały porządek świata ustanowiony w roku 1945 będzie jeszcze długo z nami. Nic bardziej mylnego! To, co miało być na wieki, rozpadło się jak domek z kart, przynosząc nam szansę wolności. Jak ją wykorzystaliśmy – wiemy. Zresztą każdy wie na swój własny sposób i możliwe, że wszyscy mają rację, lub też tej racji nie ma nikt. Obojętnie jednak jak będziemy traktować przemiany zapoczątkowane w 1989 roku, nie zmienia to faktu, że nie liczymy się na świecie i biorąc pod uwagę nasze krótkoterminowe myślenie, nie będziemy się liczyć nigdy.

Jednak te trzydzieści lat z hakiem niektóre narody wykorzystały wyśmienicie i to one na nowo porządkują świat. Z zapyziałego przeludnionego zakątka świata Chiny urosły do rangi hegemona i to one mogą dyktować warunki innym krajom. Jak to się stało, że zacofany technologicznie kraj, stał się jedną z dwóch najważniejszych gospodarek świata? Odpowiedź jest niesłychanie prosta i brzmi: "Oni myślą długoterminowo" To zaś pozwoliło im na przejmowanie technologii państw zachodnich, częściowo przez szpiegostwo technologiczne, częściowo poprzez umożliwienie kapitałowi zachodniemu wejście na ich rynek, by skorzystać z taniej siły roboczej. Krótkoterminowo i jednostkowo był to idealny interes dla gospodarek zachodnich. Wypchnęliśmy szkodliwy przemysł do Azji, w zamian otrzymując tani produkt i większe zyski dla poszczególnych firm. Cóż więcej chcieć?

Tak właśnie myślały kraje europejskie, do czasu aż pandemia nie odsłoniła ich słabości. Teraz już wiemy, że jesteśmy uzależnieni od Chin i bez nich nie mielibyśmy nawet leków, nie mówiąc o innych, mniej potrzebnych produktach. Wystarczy, by Chiny powiedziały "sprawdzam", a my po prostu rzucimy się na kolana, błagając o pomoc. Już niedługo to my będziemy zapyziałym końcem świata, ścigając się z Ameryką Południową i Afryką.

USA obudziło się nieco wcześniej i od paru lat próbowało nieco osłabić Chiny, niestety nieskutecznie. W przypadku Stanów sytuacja nie wygląda tak źle, jak u nas Europejczyków. To dolar wciąż jest walutą światową, to oni właśnie są największą potęgą militarną i gospodarczą, co ważne są samowystarczalni energetycznie i to u nich są największe korporacje międzynarodowe. Jedynym istotnym problemem są ich obywatele, coraz głupsi i coraz bardziej chętni do rozstrzygania sporów na ulicy. A każdy z nich ma prawo do posiadania broni. Jak będzie, zobaczymy, w każdym razie USA wciąż będzie liczyło się na świecie.

A co z Europą? Na arenie międzynarodowej systematycznie tracimy na znaczeniu i tak w dalszym ciągu będzie. W Europie zapomniano, że postęp to technologia, a nie światopogląd. Nowoczesność to nie równość, aborcja, eutanazja i adopcja dzieci przez pary jednopłciowe. Nowoczesność to nowe technologie, innowacyjne produkty, nowy sposób zarządzania korporacjami, oraz innowacyjne sposoby dotarcia do konsumenta.

 

Sama Unia Europejska nie przypomina tej sprzed trzydziestu lat i nie mówię tu o jej poszerzeniu o kraje Europy Środkowej, ale o zmianie znaczenia poszczególnych państw. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych w tej wspólnocie polityczno gospodarczej w miarę równorzędnymi partnerami było kilka krajów: Włochy, Wielka Brytania, Francja, Niemcy oraz Hiszpania. Z biegiem lat sytuacja jednak się zmieniła.

W 1990 roku Niemcy urosły poprzez zjednoczenie i istniała obawa, że powoli staną się najważniejszym graczem w Europie. Jak się okazało słuszna, bo Niemcy od zawsze byli karnym narodem, co znacząco ułatwiało zarządzanie nimi. I tak oto zwiększali oni swoje znaczenie w Europie kosztem państw peryferyjnych, a tych było coraz to więcej. Pierwszym znaczącym impulsem rozwojowym było przejęcie we władanie krajów Europy Środkowej. A tam trwała promocja i głupota.

Wpuszczono korporacje zagraniczne, sprzedawano fabryki za bezcen, sprzedawano dosłownie wszystko łącznie z mediami. A jak wiadomo, kto ma media, ten ma władzę i tak faktycznie było.

Nikt nie pomyślał o reparacjach wojennych, jakie powinni nam wypłacić Niemcy. Myśmy się cieszyli, że za kilkadziesiąt tysięcy marek Niemcy kupili mleczarnię, czy też inny zakład produkcyjny, który niedługo później likwidowali. Cieszyliśmy się, mogąc kupić ich lepsze produkty i symboliczne banany. Media zrobiły nam w głowie sieczkę i byliśmy jak te lemingi za rączkę prowadzone w niewolę. Dowiedzieliśmy się, że bezrobocie powstałe w Polsce po 1989 roku, było od zawsze, tylko ukryte. I taka bzdura była przyjmowana, bo wszystko, co złe, to wina PRL-u. W zamian otrzymaliśmy groszową pomoc UE, za którą mieliśmy być dozgonnie wdzięczni. Na otworzeniu państw Europy Środkowej dużo skorzystali także Francuzi i Holendrzy. Byliśmy niczym Eldorado dla bardziej rozwiniętych krajów Europy Zachodniej.

Niemcy garściami korzystali z naszej głupoty, ale nie tylko naszej. W 2002 r. w znaczącej liczbie krajów UE wprowadzono EURO, walutę, która promuje konserwatywną politykę gospodarczą, a więc taką, jaka od lat była prowadzona w Niemczech i Holandii. Jednak to nie obywatele tych krajów cieszyli się z Euro, ale takie kraje jak Grecja, Włochy, Hiszpania czy też Portugalia. Dla nich otwarły się niespotykane możliwości pożyczenia pieniądza niemal za darmo. Wystarczyło tylko sięgnąć po kredyt i już było się bogatszym. Tak też robili obywatele tych krajów, jak i same państwa. Rok 2007 powiedział sprawdzam. W Grecji popłynęły łzy i płyną do dnia dzisiejszego. Od kilkunastu lat nie umieją się pozbierać i z roku na rok biednieją, a ich znaczenie zmarginalizowało się.

Nieco lepsza, ale także tragiczna sytuacja jest niegdyś hegemona gospodarczego, czyli Włoch. Zadłużony kraj od kilkunastu lat nie umie wyrwać się z marazmu tak jak i kolejna duża gospodarka UE, czyli Hiszpania. Kraje te powoli stają się krajami peryferyjnymi zależnymi od coraz mocniejszych Niemców. Pierwszy kryzys przeżyła Francja, ale ten pandemiczny także zrzucił ją w krainę długów, których po prostu nie da się spłacić. Nie trzeba nikomu przypominać, że Wielka Brytania także ma swoje kłopoty gospodarcze, ale nie jest już w UE.

Tym samym w ciągu trzydziestu lat Niemcy pozbyli się wszystkich konkurentów do władzy i to one ciągną wózek jakim jest UE. To w czasie ich prezydencji zakończonej parę dni temu wprowadzono zapisy wiążące wypłatę środków z praworządnością. Co z tego, że zapis wejdzie za około dwa lata, one miną jak mgnienie oka, a my będziemy jeszcze bardziej pod ścianą. Kiedyś krzyczeliśmy "Nicea albo śmierć" i zgodziliśmy się na zabranie części suwerenności Traktatem Lizbońskim, który oczywiście wszedł po czasie. Zabrakło Polakom myślenia długoterminowego.

Pod koniec swojej prezydencji Niemcy zawarły traktat handlowy z Chinami. Z krajem który z pewnością jest bardziej praworządny w mniemaniu Niemców niż poniżana na każdym kroku Polska. To, co nie udało się w 1939 roku, udało się w 2020 roku. Niemcy stali się hegemonem europejskim, wyznaczającym kierunek całej Europy.

Niestety potęga gospodarcza całej Unii Europejskiej w ciągu omawianych trzydziestu lat stopniała i topnieć będzie dalej. W 1990 r. pięć największych gospodarek europejskich miało niemal szesnastokrotnie wyższe PKB od Chin, w 2019 r. siła gospodarcza pięciu największych gospodarek europejskich jest mniejsza niż siła Chin. Czy nam się to podoba, czy też nie Europa traci znaczenie na świecie i dopóki nie zmienimy nastawienia do postępu i nowoczesności, upadek będzie trwał nadal.

Witamy w Wielkich Niemczech dla niepoznaki nazywaną Unię Europejską.

PKB poszczególnych krajów w 1990 roku oraz w 2019 roku (podano w mld USD, czyli dopisujemy dziewięć zer) :

Niemcy 1990 r. – 1.398 mld USD, 2019 3.845 mld USD

Francja 1990 r. – 1.269 mld USD, 2019 2.716 mld USD

Włochy 1990 r. – 1.181 mld USD, 2019 2.001 mld USD

Hiszpania 1990 r. – 537 mld USD, 2019 1.394 mld USD

Wielka Brytania 1990 r. – 1.093 mld USD, 2019 2.827 mld USD

Chiny 1990 r. – 347 mld USD, 2019 14.342 mld USD