środa, 26 sierpnia 2020

LGBT to nie ludzie, to ideologia

 "We Włoszech istnieją dwa rodzaje faszystów: faszyści i antyfaszyści"

"Wściekłość i Duma" - Ennio Flaiano

Pewnie już tytuł oburza, ale cóż począć, toż to przecież ta straszna wolność słowa.

Oczywiście śpieszę z wyjaśnieniem. Lesbijki, Geje, Biseksualiści oraz Transwestyci to oczywiście ludzie i nikt nie myśli inaczej. Dlaczego więc taka wielka afera o  słowa Posła Żarka, który nawet nie mógł rozwinąć swoich myśli, gdyż został wyrzucony ze studia przez "dziennikarkę" TVN.

Drażliwość osób wywodzących się z ruchu LGBT+ jest spora. Dlaczego oburzają się, iż LGBT zostało nazwane ideologią? Dlaczego jest to dla nich obraźliwe?

Dla mnie LGBT+, której symbolem jest sześciokolorowa tęcza,  to jak najbardziej ideologia. Ideologia to w końcu zbiór poglądów, które identyfikują daną grupę społeczną. Przy założeniu, że nie ma innych inteligentnych bytów (na przykład kosmici) ideologię mogą stworzyć tylko i wyłączenie ludzie. A tworzą ją, by wyrazić własne poglądy. Wydaje się proste, ale widocznie nie dla wszystkich.

Feminizm jest ideologią, a feministki są ludźmi, które je głoszą. Tak samo przedstawia się sprawa z LGBT, która jest ideologią głoszoną przez część Lesbijek, Gejów, Biseksualnych i Transwestytów, ale także i hetero, który identyfikują się z głoszonymi hasłami. Jeżeli jednak środowiska LGBT+ oburzają się na przyrównanie tych literek do ideologii, możemy te tezy nazywać eLGieBeTyzmem Plus, lub też inaczej i rozumiem, że wtedy wszystko będzie w porządku.

Przy odrobienie złej woli można by stwierdzić, iż ludzie tworzący ideologię eLGieBeTyzmu Plus są na tyle nierozgarnięci, iż nie zauważyli, że wymyślili ideologię i ją głoszą. Przy tym założeniu w zupełności rozumiem ich oburzenie. W końcu są ludźmi, a nie ideologią. Pełna zgoda! Tylko oznacza to, iż ich są po prostu dyskretnie inteligentni i wszelkie z nimi dyskusje są bezcelowe.

Powyższy wywód może być błędny, czego oczywiście nie wykluczam, dlatego też zachęcam, by ludzie LGBT+ ujawnili jaką ideologię głoszą i jak się ona nazywa.

Biorąc pod uwagę ich zachowanie, mogę z całą odpowiedzialnością przyjąć, iż wydźwięk jednej z tez jest następujący "Są równi i równiejsi i my jesteśmy równiejszymi". Kolejna to ostra walka z kościołem Katolickim, poprzez stałe profanowanie symboli religijnych. Nie przeszkadza im to jednak, by na swoich sztandarach nieść słowa "równość" "tolerancja". A profanacji, nie uznają za profanację. To tak jak ja bym komuś powiedział, że jest debilem, napluł mu na twarz i stwierdziłbym, że go nie obraziłem. Takie mało empatyczne środowisko chciejców.

Wydaje się stosowne, by przypomnieć, iż jeżeli żądamy od innych tolerancji, to sami bądźmy tolerancyjni! Nie plujmy na innych, nie profanujmy symboli religijnych, nie nazywajmy policji "PiS-owskimi kurw..i", nie niszczmy mienia prywatnego i publicznego. Od tego nie przybędzie wam zwolenników, a wiele osób nieangażujących się w te działania oberwie rykoszetem.

Chcecie małżeństw jednopłciowych, adopcji dzieci, aborcji, eutanazji, karania za homofobię, transfobię, obniżenia wieku zgody? Zorganizujcie się, wygrajcie wybory i wprowadźcie te postulaty. Ja będę przeciw, ale jak wygracie, to wy będziecie określać reguły. To wy będziecie mogli mnie osądzić i osadzić w więzieniu lub zastrzelić za nieprawidłowe poglądy.  Tak, wtedy wy będziecie panami świata.

Komunizm, jakże piękna ideologia. Społeczeństwo pozbawione ucisku i wyzysku klasowego. Wszyscy równi. Równi, ten sam postulat, a efekty? Rękami Lenina i Stalina wprowadzano istny "raj" na ziemi. Czyż nie wspaniała ideologia, gdzie każdy jest równy? Jej kolorem była czerwień. Czerwień spływającej krwi, stu milionów nieprawomyślnych ludzi.

A więc do dzieła. Cały postępowy świat jest wam przychylny. Ten czas jest wasz. Ziemia głodna jest czerwonej cieczy wypływającej z ciał nieprawomyślnych. Już na cenzurowanym są gminy, które uchwaliły Samorządową Kartę Praw Rodzin. Zostały wprowadzone na mapę tzn. Atlasu nienawiści. Dlaczego? Tylko dlatego, że uważają małżeństwo za związek kobiety i mężczyzny, co zresztą zapisano w "umiłowanej" Konstytucji. To jest nienawiść?

Jeszcze zrozumiem, że protestuje się przeciw uchwałom strefa wolna od ideologii LGBT. Tylko pojawia się pytanie, czy ta ideologia jest (tak jak ja uważam), czy też nie ma (tak jak uważają wyznawcy tej ideologii)? A jeżeli nie ma, to przeciw czemu protestują działacze LGBT+? Przeciw czemuś, czego nie ma?

Pamiętajcie, że historia lubi się powtarzać, a wahadło raz wychyla się w lewo, a raz w prawo. Im bardziej wychyli się w jedną stronę, tym bardziej odbije w drugą. Widać to po krajach Europy Zachodniej, w których jeszcze niedawno karano homoseksualistów, a teraz wynosi ich na ołtarze. W Polsce jesteśmy bardziej umiarkowani. Nie mieliśmy w prawie Polskim kary za homoseksualizm, a teraz nie chcemy wprowadzać udogodnień. Czy to nie jest lepsza droga?

Czy przychodzi czas, gdy nie tylko wolność słowa jest zagrożona, a także milczenie automatycznie przyjmowane jako sprzeciw?

Umiarkowanie jest zaletą, której nie można bagatelizować. Jak chcecie, to głoście swoje hasła, ale nie obrażajcie, nie profanujcie, nie niszczcie. Pokażcie, że zasługujecie na szacunek. Teraz tego nie widzę i was demonstrantów nie szanuję. Szanuję za to Gejów, Lesbijki, Biseksualistów i Transwestytów. To są ludzie, a nie ideologia.

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Król jest nagi

Powoli napływają z całego świata dane gospodarcze dotyczące drugiego kwartału. O ile kraje Unii Europejskiej od dawna nie przodują we wskaźnikach wzrostu PKB, to jeżeli chodzi o spadek, jesteśmy w światowej czołówce. Ba, jesteśmy zdecydowanymi liderami spadków.

Cóż takiego się dzieje w Europie, że mimo iż jest tak dobrze, jest tak źle?

Stary człowiek „Europa” złożony ze zlepku ideologicznie nowoczesnych państw, zapomniał, jak się pracuje. Jednak zanim do tego dojdziemy, pochwalmy się wynikami PKB podanymi rok do roku. Niekwestionowanym liderem jest Wielka Brytania, gdzie PKB w ujęciu rocznym spadł o 24,5%, za nim jest Hiszpania ze spadkiem 22,1% oraz Francja gdzie PKB spadł o 19%. Niemcy ze spadkiem 11,7% wypadły całkiem nieźle. W całej UE spadek ten wyniósł średnio 14,4% i to by sugerowało, że spadek w Polsce o 8,2% rocznie to wielki sukces „dobrej zmiany” Cóż patrząc na starą Europę, to faktycznie w sposób ekspresowy zaczęliśmy gonić bogatsze kraje, a PiS wspiął się na wyżyny nowej myśli ekonomicznej. Gonimy Europę, biedniejąc ekspresowo. Paradoks jakich wiele w Unii Europejskiej.

Niestety Europa staje się skansenem i jeżeli chcemy cokolwiek znaczyć, to porównywanie się z chorym człowiekiem nic nie da. No może z wyłączeniem dobrego samopoczucia Polaków, co też w pewien sposób wpływa na komfort życia. 

Zobaczmy, jak poradziły sobie inne liczące się kraje na świecie. W USA PKB rok do roku spadł o 9,5%, w Japonii o 9,9%, w Rosji o 8,5%, w Kanadzie o 8,2%, w Korei Południowej odpowiednio o 2,7% PKB. Chiny natomiast rok do roku urosły o 3,2%, Wietnam zanotował wzrost o 0,36%. Nie podaję danych z Ameryki Południowej, gdyż ich nie znalazłem.

Inne kraje nawet nie zbliżyły się do „greckiej tragedii” jaką mamy w naszej postępowej Europie. Czy Europa ma takiego pecha, czy też na jaw wychodzi od lat ukrywana prawda zapisana w starym, ale wciąż aktualnym przysłowiu „bez pracy, nie ma kołaczy"? Czy można budować bogactwo na przenoszeniu całego przemysłu do Azji, czy można budować bogactwo na gospodarce zero emisyjnej, która jest tylko iluzją starego, nieco zwariowanego zgreda? Niestety mimo ogólnonarodowej zgody oświeconych Europejczyków, nie da rady. Możemy zbudować skansen, ale tego chyba nikt nie chce.

Już teraz jesteśmy z jednej strony na łasce Chin, z drugiej zaś musimy uważać na upadające, ale wciąż silne Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Chiny krok po kroku uzależniły nas od siebie. Nie wyprodukujemy bez nich leków, nie będziemy mieli części do samochodów, o nowoczesnych smartfonach możemy jedynie pomarzyć. Żyjemy mrzonką ekologii, a Chiny zarabiają na nas i z nawiązką wypuszczają w globalną atmosferę gazy cieplarniane i inne świństwa. Stajemy się niewolnikiem najludniejszego państwa świata, świetnie się przy tym bawiąc i prowadząc coraz to bardziej szalone eksperymenty społeczne. One niestety nie zwiększą naszego znaczenia, a jedynie utwierdzą obywateli w przekonaniu, że nic nierobienie jest możliwe.

USA kontroluje Europę poprzez nowoczesne technologie (Internet, Google) portale społecznościowe (Facebook, Twitter itp.) oraz oczywiście poprzez swoją walutę i potencjał zbrojny. Czy zdajemy sobie sprawę, że 87% światowego handlu jest rozliczana w dolarach? Czy korzystając z Google, Facebooka zastanawiamy się, do kogo należy? Oczywiście że nie. Nie interesuje nas także, czy za tymi wielkimi korporacjami stoi jakaś ideologia. Bo i po co? Możemy przecież mniej wiedzieć i jednocześnie więcej, gdyż parę wypowiedzianych słów do Asystenta Google daje odpowiedź na niemal każde pytanie. Jednak Internet nie zbuduje naszej mądrości i innowacyjności, to musimy zrobić sami. Niestety w zbiurokratyzowanych państwach niewiele możemy i nawet ci najbardziej uparci, często się poddają. Lepiej nic nie robić. Tak jest bezpieczniej.

Staliśmy się leniwi i bardzo podatni na manipulację. Czy ktoś kwestionuje Unię Europejską, która zatrzymała w rozwoju niemal całą Europę? Nie! Myślimy wręcz, że jest ona niezbędna do naszego życia. Nie umiemy powiązać zakazów i nakazów "wielkiego brata" z naszym komfortem życia. Nie rozumiemy rzeczywistości, w jakiej się znajdujemy i potrafimy wyjść na ulicę w obronie zabitego bandyty, który mierzył pistoletem do ciężarnej murzynki. Bronimy chuligana przed aresztem. Faceta, który pobił innego człowieka, tylko dlatego, że ma inne poglądy. Rzeczywistość stała się dla wielu nas zbyt trudna.

Czy przyszłość Europy to kraina debili żyjących w skansenie? Czy tylko na tyle nas stać, niegdyś panów całego świata? Czy na wypadek wojny z innym krajem, wyciągniemy kredki i napiszemy swój sprzeciw? 

Po starożytnym Egipcie zostały piramidy. Co zostanie po Unii Europejskiej? Każda cywilizacja kiedyś się kończy i zazwyczaj ten koniec nie jest wywołany najazdem wroga, jakimś kataklizmem, a postępującą degradacją kraju. Tak było w przypadku Cesarstwa Rzymskiego, tak będzie i z Unią Europejską.

Kryzys gospodarczy po raz kolejny obnaża prawdziwe oblicze Europy. Czy jak ktoś krzyknie „Król jest nagi” to obudzimy się z letargu, czy też wsadzimy gościa do więzienia?

Poznając odpowiedź, poznamy naszą przyszłość.

czwartek, 23 lipca 2020

Złoto i Srebro po raz drugi



W maju zamieściłem pierwszy felieton dotyczący możliwości inwestycyjnych. Teraz czas na drugi. Za nami bardzo udane miesiące dla inwestorów. Giełda mknie jak szalona, metale szlachetne biją wieloletnie rekordy, a waluty państw wschodzących umacniają się. Jednym słowem sielanka utworzona na fałszywym podłożu. 

Realna gospodarka oszukiwana przez niespotykane w historii emisje pustego pieniądza nie pokazuje prawdziwego oblicza. W Polsce tarcza antykryzysowa ukrywa bezrobocie, które pojawi się pod koniec 2020 r. W USA zapomogi dla bezrobotnych, często przekraczające ich przeszłe dochody z pracy, ukrywają siłę nabywcza obywateli. W Europie różnorakie programy pomocowe zaburzają przywrócenie punktu równowagi.  Fałsz na każdym kroku utrudnia właściwe zrozumienie sytuacji. 

A przed nami olbrzymia recesja, która nie tylko odbije się na finansach państw, ale i zwykłych obywatelach. Czeka nas bezrobocie, z którym będziemy walczyć przez kolejne lata. Aktualnie zaś przegrywamy walkę o zdrową gospodarkę przyszłości. Ratujemy każdego trupa, który w tych niesprzyjających warunkach powinien upaść. Im więcej uratowanych trupów, tym mniejsza konkurencyjność w przyszłości. Europa tonie, a my wraz z nią.

W Polsce stopy procentowe obniżono właściwie do zera, tym samym nie możemy już chronić naszych pieniędzy nawet w minimalnym zakresie. Inflacja ponad trzy procent, a lokat nie ma. Pozostają obligacje skarbu państwa, które oparte są na wskaźniku inflacji (cztero i dziesięcioletnie), ale one w pierwszym roku są oprocentowane na poziomie nie wyższym niż 1,7%. By uchronić część pieniędzy musimy zapłacić frycowe. Zostaliśmy pozbawieni możliwości przechowania wartości pieniądza w czasie. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej.

A może warto zaufać rządowi i nic nie robić? Cóż, pytanie retoryczne. Jeżeli sami sobie nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże. Niestety przeciętny Polak raczej nie zna się na ekonomii i nieraz został wmanewrowany w produkty bankowe, które zamiast zysków przyniosły straty. Teraz zaś został pozbawiony możliwości odkładania pieniędzy na przyszłość, bo pieniądze szybko tracą wartość. Musi zaryzykować. 

Pominę omawianie inwestowania w nieruchomości oraz wirtualny pieniądz, bo w poprzednim felietonie wspomniałem o tym. Co do akcji, które aktualnie rosną jak szalone, radziłbym trzymać się z daleka. Pojawią się wyniki finansowe firm i okaże się, że większość nie radzi sobie w niesprzyjającym covidowym otoczeniu. Rynek odkryje, że "król jest nagi" i nastąpi ewakuacja. Po zyskach inwestycyjnych pozostanie wspomnienie.

Ciekawą alternatywą po ostatnich spadkach wydaje się dolar (3,8zł) i tutaj można by co nieco zainwestować.

A teraz wracamy do złota, które w dłuższym okresie czasu bardzo dobrze sprawdza się jako przechowalnia wartości pieniądza. Tym razem pewnie też tak będzie, więc mimo ostatnich wzrostów nie jest to zła alternatywa. Pamiętajmy jednak, że niedługo pojawi się korekta i nie panikujmy w tym momencie. Fundamenty wzrostu są solidne. 

Ponownie wracam do srebra. Ostatnie dni byli istnym szaleństwem na rynku tego metalu. W ciągu trzech dni wzrosty były dwudziestoprocentowe. Rzecz raczej niespotykana na rynku metali i przynosząca w krótkim okresie korektę. Tak też pewnie będzie i tym razem. Póki co warto zauważyć, iż rynek numizmatyczny w Polsce jeszcze nie odżył, więc jest wiele okazji do małych zakupów inwestycyjnych. To się wkrótce zmieni, ale na razie mamy wymarzoną sytuację.

Dlaczego więc srebro?
1. W tym roku wydobycie będzie mniejsze niż w poprzednich latach o cztery siedem procent.
2. Światowa emisja pustego pieniądza musi gdzieś znaleźć ujście.
3. Srebro aktualnie kosztuje dwadzieścia dwa i pół dolara za uncję trojańską, jego rekordowe notowania to czterdzieści pięć dolarów za uncję.
4. Światowa produkcja srebra to około dziewięćset milionów uncji, a to znaczy, że roczne wydobycie warte jest zaledwie dwadzieścia dwa miliardy dolarów. Rynek srebra jest niesamowicie płytki i w krótkim czasie może jego wartość wzrosnąć kilkakrotnie.
5. Światowe naturalne zasoby srebra są siedemnaście razy większe od złota, a srebro jest osiemdziesiąt razy tańsze od złota. Zazwyczaj proporcja ta wynosi pięćdziesiąt. Srebro wciąż jest niedowartościowane w stosunku do złota.
6. Srebro jest ubogim krewnym złota. Gdy złoto będzie za drogie, a właśnie tak się dzieje, ludzie rzucą się na srebro.
7. Czy wolałbyś mieć jedną złotą monetę ośmiogramową, czy też pięćdziesiąt srebrnych monet ważących nieco ponad czternaście gram? Są warte tyle samo.

To by było tyle jeżeli chodzi o indywidualne inwestycje. Teraz czas na krytykę naszego państwa. Jak Polska wykorzystuje fakt, iż KGHM jest drugim co do wielkości producentem srebra na świecie? 

Nie wykorzystuje. KGHM produkuje rocznie 1417 ton srebra. Sprzedaje je w formie granulatu lub sztabek o masie tysiąca uncji trojańskich (31 kg). A mógłby całość srebra sprzedawać do NBP, który z jednej strony trzymałby część rezerw w srebrze, a część przeznaczył do sprzedaży w formie monet jedno uncjowych (a nie jak teraz o nietypowej masie 14,14 lub 28,28 grama) monet jedno kilogramowych oraz sztabek inwestycyjnych. Właśnie na takie typowe produkty jest zapotrzebowanie na całym świecie.

Czy Polacy nie umieją robić takich prostych rzeczy? 

Dodatkowo KGHM produkuje rocznie 3,1 ton złota. Czy NBP nie powinien kupować złota wydobywanego przez KGHM? I trzymać je w formie rezerw oraz częściowo sprzedawać w formie ustandaryzowanej. Prościej nie da się zarobić. 

Mamy złotą kurę i nawet o tym nie wiemy.

Od autora: Niniejszy felieton nie jest doradztwem inwestycyjnym, wyraża jedynie poglądy osobiste autora.

sobota, 6 czerwca 2020

Polska droga do kolejnego upadku - część VI (PiS LPR i Samoobrona)


Rząd Kazimierza Marcinkiewiczam w składzie PiS LPR i Samoobrony  (od 31 października 2005 r. do 14 lipca 2006 r.) oraz Rząd Jarosława Kaczyńskiego (od 14 lipca 2006 do 16 listopada 2007 r.) który kończy kadencję jako rząd mniejszościowy

Rządy postkomunistyczne skończyły się  i miało być tylko lepiej. Przyszły premier z Krakowa (Jan Maria Rokita) miał już w głowie gotowy rząd. Sondaże jasno wskazywały, iż wygra PO przed PiS-em i to te dwie nieróżniące się zbytnio partie (wielu uważało, że PO to taki lepszy PiS), stworzą nowy rząd. Sprawy gospodarcze miały być domeną PO, resorty siłowe miały przypaść PiS-owi.

Wygrał PiS i przedwyborcza układanka rozsypała się jak domek z kart. PiS jako zwycięstwa także chciał rządzić gospodarką, a PO nie miało zamiaru zmieniać przedwyborczych planów. Wielka koalicja POPiS-u, zanim powstała, przeszła do historii. Otworzył się natomiast nowy rozdział wolny Polsko Polskiej. Już nie było podziału na dawnych komunistów i postsolidarnościowców.  Teraz był PiS kontra PO i tak mamy do dnia dzisiejszego.

Słowa Kaczyńskiego, iż nigdy nie powstanie rząd z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, okazały się nieprawdziwe. Taki właśnie rząd powstał i gdybym miał obstawiać, iż będzie to najgorszy rząd w III RP, wtopiłbym niemałe pieniądze. 

Atutem rządu była minister finansów Pani Zyta Janina Gilowska. Gdyby było takich ministrów więcej, finanse publiczne byłyby w znacznie lepszym stanie, a gospodarka szybciej by się rozwinęła. Dzięki tej Pani obniżono składki rentowe (z 13% do 10%, by w końcowym etapie osiągnąć 7%) oraz chorobowe (z 2,45% do 1,8%) uprościła podatek od osób fizycznych, poprzez likwidację jednego z progów podatkowych. A gospodarka odwdzięczyła się i mieliśmy szybki wzrost gospodarczy, niski deficyt finansów publicznych i duży optymizm gospodarstw domowych.

Niestety wciąż pogłębiający się konflikt między PiS i PO oraz co w tamtym momencie było jeszcze ważniejsze, konflikty wewnątrz kolacji PiS, LPR i Samoobrona wprowadzały wrażenie nieustannej walki. I tak pewnie było, a działania tajnych służb stały się coraz bardziej widoczne. 

Antoni Maciarewicz doprowadził do likwidacji WSI (Wojskowych Służb Informacyjnych), a za likwidacją głosowali wszyscy posłowie PiS i PO z wyłączeniem przyszłego Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przeciw byli jedynie posłowie SLD. Oficjalnie zlikwidowana została legalna mafia instytucjonalna, niestety układ ten wciąż dobrze się ma i ma duży wpływ na naszą codzienność. 

Pojawił się tajny Aneks do raportu w sprawie likwidacji WSI, który został przekazany na ręce urzędującego prezydenta Pana Lecha Kaczyńskiego. Niestety raport ten przechodzi w ręce kolejnych Prezydentów, którzy go nie ujawniają. Co w nim jest? Nie wiem tak jak i większość z nas. W każdym bądź razie działalność WSI zeszła do podziemia.

A w kolacji rządowej toczyła się nieustanna walka. Walka na haki, prowokacje i inne niecne sztuczki.  Afera gruntowa ostatecznie utopiła Andrzeja Leppera i koalicję. Od tego momentu mieliśmy rząd mniejszościowy i perspektywę przedterminowych wyborów, które zgodnie z kalkulacjami Jarosława Kaczyńskiego miał pewnie wygrać PiS. Stało się inaczej, ale o tym będzie nieco później.

Omawiając poszczególne lata, nie można także zapomnieć o innych instytucjach państwowych. I tutaj, przynajmniej w moim mniemaniu, po raz pierwszy stanowisko Prezesa NBP było stanowiskiem przyznanym tylko i wyłącznie z pobudek politycznych. Mieliśmy Prezesa NBP (Sławomir Skrzypek) oraz RPP (Radę Polityki Pieniężnej) w dużej mierze upolitycznioną, a to oznaczało, iż jeden z bezpieczników zdrowych finansów publicznych przestał istnieć. Oczywiście poprzedni prezes Pan Leszek Balcerowicz, także był z nadania politycznego. Jednak w tym przypadku, Balcerowicz idealne pasował na stanowisko Prezesa NBP, którego zadaniem była walka z inflacją. Czytając poprzednie części, można zauważyć, iż raczej krytycznie oceniam działania Pana Balcerowicza, ale w tym przypadku jego prezesurę oceniam pozytywnie. Negatywne skutki mianowania politycznego Prezesa NBP i RPP zostaną omówione w ostatniej części cyklu, gdy będę omawiać ostatni rząd.

Również i telewizja publiczna została przejęta przez rządzących. Jak wielu z nas pewnie pamięta ostatnie miesiące rządu SLD, to nieustający atak m.in. telewizji publicznej. PiS zdając sobie sprawę, jak ważna jest rola TVP, po raz pierwszy ją przejął. Od tego  też momentu telewizja stała się telewizją partii, która aktualnie zdobyła władzę. Pamiętam transmitowany przez TVP Puchar Polski w piłce nożnej, którego transmisja została przerwana w siedemdziesiątej minucie, gdyż ... zaczęła się konwencja partii PiS. 

Ostatnia rzecz warta zapamiętania to początek obłędu związanego z zaciąganiem kredytów walutowych, w szczególności CHF. Niestety nie było osoby, która zatrzymałaby to szaleństwo. Nie kwapiła się do tego władza, gdyż kredyty te napędzały wzrost gospodarczy, nie walczyła z kredytami opozycja, a nadzór bankowy nie podjął stosownych działań. Brak działań w tym obszarze, do dzisiaj odczuwa wielu "frankowiczów", którzy pochopnie zaciągnęli kredyt walutowy. Ale czego tak naprawdę wymagać od Państwa, które samo zadłuża się w walutach obcych?

Kończąc tę część, jak zwykle przechodzę do wskaźników gospodarczych, które pokazują, iż o dziwo był to jeden z lepszych rządów naszego kraju.

W 2005 r. deficyt budżetu państwa wyniósł 28,4 mld zł, w 2006 r. 25,1 mld zł, a w 2007 r. spadł do poziomu 16 mld zł. Jeżeli chodzi o kursy walut w ostatnim dniu rządów, to jest w dniu 16 listopada 2007 r., kursy przedstawiały się następująco: USD 2,5113 (umocnienie o 32% stosunku do początku rządów); EURO 3,6712 (umocnienie o 9%), a CHF 2,2385 zł (umocnienie o 15%).

A jaki to miało wpływ na inne wskaźniki ekonomiczne? Wzrost PKB w 2005 r. był na poziomie 3,6%, w 2006 r. w wysokości 6,2%, w 2007 r.  na poziomie 6,8%. Natomiast inflacja w 2007 r. wyniosła 2,5%, a bezrobocie wzrosło do poziomu 11,2%.

Polska droga do kolejnego upadku - część V (SLD po raz drugi)

Rząd Leszka Millera (19 października 2001 do 2 maja 2004)

Pierwsze podejście do władzy tandemu SLD/PSL przypadało na dobry okres. Wzrost gospodarczy przyśpieszał, bezrobocie i inflacja spadała, a deficyt budżetu nie stanowił większego problemu. Teraz mogli jedynie pomarzyć o takim początku. Miało być trudniej i tak było.

Katastrofalny stan finansów publicznych nie pozwalał na rozdawnictwo. Ba, trzeba było oszczędzać, co nie jest domeną partii socjalistycznych. Należało podejmować niepopularne decyzje i po raz pierwszy prywatyzacja nie była przeprowadzana ideologicznie, a między innymi z czystej kalkulacji ekonomicznej. Z prywatyzacji były wpływy do budżetu, dzięki czemu nie trzeba było jeszcze bardziej zaciskać pasa. W końcu nikt nie miał ochoty na utratę wyborców.

Kolejnym problemem był Leszek Balcerowicz, który objął funkcję Prezesa NBP. SLD nie mógł liczyć na niskie stopy procentowe, co pomogłoby rozpędzić gospodarkę. Zwolennik "schładzania gospodarki" był osobą nieugiętą i nie do złamania. Stał na straży inflacji i ostrzegał przed zwiększaniem deficytu Państwa. Jakże krótka pamięć najbardziej znanego ekonomisty Polski. 

Niestety wysokie stopy procentowe skutecznie zniechęcające Polaków do kredytów hipotecznych w złotówkach, zachęcały niestety do kredytów walutowych. Tym samym znaczne różnice w kosztach kredytu napędzały udzielanie kredytów w walutach obcych. I nikomu w tych czasach nie przyszło do głowy, by zahamować tę tendencję. Brak działań w tamtym okresie, wielu Polaków odczuwa do dzisiaj.

Premierem został Leszek Miler, człowiek twardy i cyniczny, jednak na swój sposób sympatyczny. Ministrem finansów został Marek Belka, a ministrem skarbu został Wiesław Kaczmarek. Te trio miało wykolejony pociąg Polska, ponownie umieścić na torach. Czy im się udało? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć sobie samemu. 

I zaczęła się jazda. Koalicja socjalistów wprowadzała oszczędności. Niestety nie dało się zlikwidować powiatów, odwołać reformy emerytalnej, czy też reformy szkolnictwa. Tym samym podstawy były kruche, a na nich miały stać zdrowe finanse publiczne. Na pierwszym posiedzeniu Sejmu obciął wydatki na ponad osiem miliardów złotych. Cięto wszędzie i równo. 

Narażając się wyborcom, wstrzymano podwyżki dla nauczycieli, skracano urlopy macierzyńskie, zmniejszano zasiłki chorobowe oraz ulgi na przejazdy. Partia socjalistyczna odchodziła od swoich ideałów, gdyż państwo stało na progu bankructwa. Balansowano na cienkiej linie zadłużenia i jeden fałszywy krok, większe zawirowanie na świecie, mogło spowodować ponowne bankructwo naszego kraju. Na szczęście nic takiego nie następuje, niestety finanse publiczne przez cały okres rządów Millera były w opłakanym stanie. Nawet prywatyzacja majątku państwowego nie zmienia nędznego obrazu finansów publicznych. 

Sprzedano Polskie Huty Stali odpowiadające za 70% polskiej produkcji za 1,4 mld zł. Pojawiły się oskarżenia o łapówkarstwo w tej prywatyzacji, a korzyść miała wynieść 3 mln zł. Sprzedano 85% akcji spółki STOEN SA (energetyka) za 1,5 mld zł. I znowu afera korupcyjna w tle. Niestety tak to już wyglądały polskie prywatyzacje.

O dziwo rząd Leszka Millera zdecydował się na obniżkę podatku CIT (podatek od przedsiębiorstw) z 27% do 19% oraz akcyzy na alkohol. Socjalistyczny rząd obniżył niektóre podatki, dosyć niespotykana sytuacja. Co ciekawe w praktyce sprawdzono działania krzywej Laffera. Obniżka akcyzy spowodowała wzrost dochodów budżetowych. Teoria spotkała się z praktyką.

W okresie rządów SLD-UP/PSL wyłączono z reformy emerytalnej służby mundurowe, górników oraz sędziów i prokuratorów. Tym samym będąc w służbach mundurowych (policja, celnicy, strażacy itp.) ponownie mogą przechodzić na emeryturę po piętnastu latach pracy. Ten sam staż obowiązuje sędziów i prokuratorów. Ewenement na skalę światową, w Polsce uznaje się za rzecz naturalną.

Polska żwawo negocjuje warunki wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jan Truszczyński to człowiek, który z ramienia Polski prowadzi negocjacje. Jego przeszłość, jako współpracownika służb specjalnych PRL nie napawa optymizmem. Ale kto o tym wie? Unia Europejska, marzenie większości Polaków, była już na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy stać się członkiem UE, bez względu na wszystko. Nie zwracaliśmy uwagi, iż demokracja jest tylko iluzoryczna. Nie dziwiło nas, że jak jedno referendów w Irlandii wyszło niezgodnie z zamysłem UE, to zrobi się kolejne, żeby wszystko zagrało. 

Godzimy się na ustępstwa, byle tylko wejść to "elitarnego" klubu bogatych państw. W mediach prowadzona jest narracja, że bez ustępstw nie zostaniemy przyjęci do "elitarnego" klubu. Grupa intelektualistów podpisuje tzn. "Apel Wawelski", w którym przekonuje się Polaków, iż do UE musimy wejść bez względu na cenę. Powołuje się na zasadę solidarności. W mediach prowadzona jest narracja, iż rozszerzenie UE może się odbyć bez Polski.

Polegliśmy na całej linii, jeżeli chodzi o obszar rolny. Zgodziliśmy się na dopłaty w wysokości 25%  stawki normalnej i do dnia dzisiejszego średnia dopłat dla polskich rolników (200 EUR na hektar) jest niższa od średniej UE (259 EUR na hektar). Narzucono nam limity mleczne, ograniczenia w zakresie produkcji mięsa, a to odbijało się naszych możliwościach konkurencyjnych. Stare kraje Unii zneutralizowały niebezpieczeństwo zalania ich produktami rolnymi przez polskich rolników. 

Tak bardzo chcieliśmy być w końcu "prawdziwymi Europejczykami". Po raz drugi mieliśmy się stać tak bogaci, jak reszta państw Unii Europejskiej. Pierwszy krok uczyniony 1 stycznia 1989 r. rzucił nas w otchłań bezrobocia i biedy. Teraz miało być inaczej. I tak rzeczywiście było dla wielu Polaków emigrujących z kraju. Wysokie bezrobocie, niskie płace, brak perspektyw napędzały umysły młodych Polaków. Nie chcieli żyć w biednej Polsce. 

Zresztą patriotyzm nie był w modzie. Liczyła się kasa, a ona była na zachodzie. W 2002 r. szacowano, iż około 790 tysięcy Polaków przebywa czasowo lub stale za granicą. W 2004 r. liczba ta wzrasta do miliona, a rok później wynosi już 1,45 mln zł. Rok po przystąpieniu Polski do UE, liczba emigrujących Polaków wzrosła o prawie pół miliona osób! Byli to najczęściej ludzie młodzi, wykształceni, na których wykształcenie złożyło się całe społeczeństwo. Państwo Polskie poniosło koszty, stare kraje Unii Europejskiej zbierały śmietankę. Kosztem Polaków nieznacznie odmłodzili swoje społeczeństwa, zdynamizowali je i dzięki nim szybciej budowali swoje bogactwo. 

Kolejny prezent Polaków został przyjęty przez stare kraje UE. Chociaż nie wszystkie go chciały. Wielka Brytania z momentem wejścia Polski do Unii Europejskiej, natychmiast otworzyła rynek pracy dla Polaków. Na szczęście Niemcy wprowadziły siedmioletni okres przejściowy. Dzięki Bogu. Tak bylibyśmy jeszcze starszym społeczeństwem, z jeszcze większymi problemami.

Pozostało już tylko przeprowadzić referendum w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej, a tam leżała kłoda przypadkowo rzucona przez Konstytucję z 1997 r. By referendum było ważne, uczestniczyć w nim musiało minimum pięćdziesiąt procent Polaków. Zorganizowano dwudniowe referendum, tak by zwiększyć frekwencję. I udało się, ponad 58% Polaków wzięło w nim udział i opowiedziało się za wejściem do UE. Dobrowolnie nałożyliśmy sobie kaganiec, który z czasem miał nas coraz bardziej uwierać.

Na razie cieszyliśmy się z pieniędzy przekazywanych przez Brukselę, zapominając o olbrzymich kosztach, jakie ponieśliśmy, oraz o potrzebie stworzenia większej liczby miejsc urzędniczych w celu rozdzielania przyznanych środków z UE. W  miejscach inwestycji współfinansowanych ze środków z UE nowoczesna propaganda nakładała na nas obowiązek, umieszczania niebieskich tablic ze złotymi gwiazdami wraz z informacją ile środków dostaliśmy z UE. Pomoc miał widzieć każdy Polak, natomiast koszty związane z wypływem kapitału z Polski, wnoszeniem składek do budżetu UE, kosztem utrzymania dodatkowych urzędników, ograniczeniem produkcji rolnej, czy też w późniejszym okresie z kosztem przestawiania przemysłu na gospodarkę "zero emisyjną", nie miały być widoczne i takie też były. Niektórzy Polacy wręcz myślą, że bez UE nie zbudowalibyśmy nawet dróg. 

W dniu 1 maja 2004 r. Polska wstępuje do Unii Europejskiej pod przewodnictwem Leszka Millera. Osiągnął to, co chciał i jego rządy skończyły się. 

Niestety z wyłączeniem zwiększenia dynamiki PKB i dalszego obniżenia inflacji, pozostałe wskaźniki ekonomiczne były na złym poziomie. Zarówno bezrobocie jak i deficyt budżetowy zanotował  historyczne maksima. 

W 2002 r. a więc po pierwszym roku rządów Leszka Millera deficyt budżetu państwa wyniósł 39,4 mld zł, w 2003 r. 37 mld zł, a w 2004 r. wzrósł do poziomu 41,4 mld zł. Cztery wielkie reformy wprowadzone przez rząd Jerzego Buzka dawały o sobie znać. Jeżeli chodzi o kursy walut w ostatnim dniu rządów, to jest w dniu 2 maja 2004 r., kursy przedstawiały się następująco: USD 4,0254 (umocnienie o 2% stosunku do początku rządów); EURO 4,8122 (osłabienie o 30%), a CHF 3,0983 zł (osłabienie o 24%).

A jaki to miało wpływ na inne wskaźniki ekonomiczne? Wzrost PKB w 2002 r. był na poziomie 2%, w 2003 r. w wysokości 3,6%, w 2004 r.  na poziomie 5,1%. Natomiast inflacja w 2004 r. wyniosła 3,5%, a bezrobocie wzrosło do poziomu 19%. 

Rządy Marka Belki (od 2 maja 2004 do 31 października 2005 r.)

Rząd Leszka Milera rozpadł się z powodu coraz większych tarć między koalicjantami. Nowy rząd Marka Belki był rządem mniejszościowym i jego zadaniem było przede wszystkim naprawienie finansów publicznych oraz dotrwanie do nowych wyborów.

Ważną postacią w rządzie został Jerzy Hausner, twórca planu naprawy finansów publicznych. Plan przyjął rząd Leszka Millera, realizował zaś rząd Marka Belki. Im była bliżej realizacja planu, tym mniej z niego zostało. Ostatecznie zlikwidowano "trzynastki" dla osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie oraz wprowadzono podatek Belki (podatek od odsetek). 

Trzeba przy tym zwrócić uwagę, iż plan nie miał zbyt wielkiej szansy na realizację, w końcu mieliśmy rząd mniejszościowy bez poparcia w sejmie.

Co gorsza dla tego rządu, od 2002 r. toczyła się tak zwana Afera Rywina. Sformułowanie "lub czasopisma" stało się sławne na całą Polskę i było symbolem korupcji. Powstał pierwszy serial polityczny w Polsce pod nazwą "Komisja śledcza w sprawie Afery Rywina" Głównym bohaterem był elokwentny i inteligentny poseł Jan Maria Rokita. Chłop wybił się na ten aferze i był niemal pewnym przyszłym premierem niedoszłej koalicji PO PiS. Premier z Krakowa już witał się z gąską, już był u bram raju, a jednak nie wyszło. 

O co chodzi z tą słynną aferą? W skrócie wprowadzano ustawę zabraniającą mieć jednocześnie gazetę i stację telewizyjną. A w tym czasie właściciel Gazety Wyborczej miał zamiar kupić stację Polsat lub TVP2 w przypadku jego prywatyzacji. A o co chodziło z usuniętym zapisem "lub czasopisma"? Wykreślenie zapisu pozwalało konkurentom Agory (właściciel GW) kupno telewizji. A co proponował Lew Rywin za łapówkę? Zaoferował zmianę tekstu ustawy umożliwiającej Agorze zakup telewizji. 

I tak oto jedna z mniejszych afer ostatnich lat, zmiotła ze sceny politycznej SLD partię, która wydawała się nie do zatopienia. A co z gospodarką?

W 2005 r. deficyt budżetu państwa wyniósł 28,4 mld zł, a więc znacząco spadł.  Jeżeli chodzi o kursy walut w ostatnim dniu rządów, to jest w dniu 31 października 2005 r., kursy przedstawiały się następująco: USD 3,3067; EURO 3,9893, a CHF 2,5813 zł. Średnio polska złotówka umocniła się o 17% w stosunku do powyższych walut.

A jaki to miało wpływ na inne wskaźniki ekonomiczne? Wzrost PKB w 2005 r. był na poziomie 3,5%, natomiast inflacja w 2005 r. wyniosła 2,1%, a bezrobocie wzrosło do poziomu 17,6%.